Artykuły

14/05/2009

Moje dzieciństwo na Wołyniu

Opublikowane jako: Wspomnienia z Wołynia — admin @ 7:34 po południu

                   Moje  dzieciństwo  na  Wołyniu.

 

Wołyń, to dla mnie kraj szczęśliwych lat dziecinnych. Przeżywałam je w czasach, kiedy społeczeństwo polskie, a może również społeczeństwa innych narodowości miały autorytety, które pielęgnowały. Kultywowano również wartości dzisiaj jakoby pomijane, a nawet wyszydzane. Zwały się Bóg , Honor i Ojczyzna.

 Młodzież i dzieci chowano „na zakazach i nakazach” dzisiaj krytykowanych, a nawet odrzucanych. Być może jednak, że pokolenia tak chowane dojrzewając, w życiu dorosłym nie doznawały tylu rozczarowań i porażek. Wychowując przekazywano im pewne obyczajowe zasady zachowania, zasady towarzyskie, również i moralne. Przykład własnych rodziców, krewnych, znajomych, cieszących się uznaniem i ogólną akceptacją członków społeczeństwa   miały znaczenie wychowawcze dla pokoleń. Duchowieństwo w Polsce międzywojennej było ważnym autorytetami.

Kościół, sprawdzał się niejednokrotnie w trudnych, a nawet tragicznych wydarzeniach naszych polskich dziejów. Od czasu Chrztu Polski wzbogacał i pielęgnował język ojczysty,. łagodził obyczaje jednocześnie kultywując tradycje bliskie sercom Polaków. Był ostoją patriotyzmu w czasach zaborów, okupacji, jak również w latach PRL-u. Być może w Dwudziestoleciu naszej Niepodległości, religijność społeczeństwa była jeszcze bardziej tradycyjna i mało refleksyjna niż teraz się zdarza, ale stwarzała pewne wychowawcze zasady i stereotypy akceptowane przez społeczeństwo. i przeważnie praktykowane. Wiara w Boga i wieki tradycji polskiej, liczenie się z opinią innych ludzi, w szczególności krewnych oraz godnych szacunku znajomych, a nawet znanych postaci z historii, czy literatury kształtowały obyczaje, jak również stosunki międzyludzkie w zróżnicowanym narodowościowo i rodowodowo społeczeństwie polskim. Polska międzywojennego 20-lecia  była przecież spadkobierczynią znacznie terytorialnie okrojonej, wielonarodowej Rzeczy Pospolitej Polskiej, pozbawionej ostatecznie niepodległości w III-cim rozbiorze w 1795 roku przez zaborców: Rosję, Prusy i Austrię. 

 

Rodziny opierały się najczęściej na autorytecie ojca i matki, następnie dziadków, starszego rodzeństwa, w szczególności braci, i członków rodziny zasługujących na szacunek.

Niewątpliwym autorytetem cieszyła się szkoła. Być może wynikało to z przeświadczenia, że osoby wykształcone, niezależnie od zaopatrzenia materialnego stanowią jakby elitę intelektualno-duchową. Nauczyciel, a tym bardziej profesor gimnazjalny był traktowany  z szacunkiem należnym wiedzy, którą zdobył i przekazywał. Stwarzało mu to pewną pozycję społeczną mimo skromnych wynagrodzeń za pracę, ale pozwalających mu żyć możliwie godnie i na jakimś poziomie. W szkolnictwie podstawowym, podobnie jak i teraz często uczyły kobiety, panie nauczycielki. Przeważnie pracowały z zaangażowaniem serca i umysłu. Niejedną z ich licznego grona, pochłoniętą pracą dydaktyczną i wychowawczą, można było porównywać z „Siłaczką” Stefana Żeromskiego. Nauczyciele wiejscy obu płci, oprócz obowiązku nauczania podstawowej wiedzy, służyli niejednokrotnie radą i pomocą przy zakładaniu Kół Gospodyń Wiejskich, Samopomocy Chłopskiej, również organizowanych w 30-toleciu Kas Stefczyka. Jednak, ta niewątpliwie społeczna pozycja nie ratowała nauczycieli na Kresach, przed masowym mordem, który rozpoczął się  wkrótce po wkroczeniu Armii  Sowieckiej na wschodnie rubieże Rzeczpospolitej 17 września 1939roku. Mord ten przybrał  kuriozalny zasięg i przebieg w miesiącu lipcu 1943 roku.

W Dwudziestoleciu, zwierzchników Szkół Podstawowych i grona nauczycielskiego nazywano po prostu Kierownikami.

Dyrektorami mianowani byli, i tak nazywani profesorowie szkół średnich, odpowiedzialni za organizację pracy w szkole i poziom nauczania. W szkołach, tak podstawowych, jak i średnich z zaufaniem odnoszono się do zaświadczeń rodziców dotyczących opuszczonych  godzin szkolnych z powodu choroby ucznia lub innej poważnej przyczyny. Wagarowanie było rzadkie. Rodzice interesowali się postępami w nauce i zachowaniem dzieci i młodzieży. Poczynione szkody w szkole przez młodzież i dzieci rodzice musieli bezwarunkowo opłacić. W Państwowym Gimnazjum czesne było opłacane w dwóch ratach. w roku szkolnym. Dzieci urzędników państwowych miały 50%zniżki.  Dzieci z rodzin niezamożnych, mające dobre postępy w nauce bywały zwalniane z czesnego. Kosztowały obowiązkowe granatowe mundurki szkolne, kosztowały książki i pomoce naukowe, chociaż zmiana podręczników bywała stosunkowo rzadka. Podręczniki szkolne były opracowywane przeważnie przez  pracowników wyższych uczelni, często nawet przez profesorów tych uczelni. Papier książek nie był najlepszy, a oprawy z niezbyt grubej  tektury. Przeciętny uczeń miał lżejszą teczkę niż to się teraz zdarza i może dlatego było mniej wad postawy.

Obowiązkiem Dyrektora i profesorów było nadzorowanie zachowywania się dzieci również i poza  szkołą . Korzystając z passportu do kina na dwie osoby doglądano, aby na filmy dozwolone od 18-tu lat nie zjawiali się młodsi widzowie. Za to odpowiadał również legitymujący uczniów portier w kinie.

Po godzinie 20-tej, uczeń mógł być w kinie tylko z którymś z rodziców. Po 20-tej godz w zimie, a po 22-giej w lecie uczeń nie mógł przebywać na ulicy bez  opieki. O paleniu papierosów przez uczniów, szczególnie w szkolnej toalecie nie mogło być mowy. Przyłapanie ucznia z papierosem przez woźnego lub nauczyciela łączyło się z wezwaniem rodziców do szkoły. Naturalnie wpływało na ocenę na świadectwie ze sprawowania. Jako dziecko nauczycielskie miałam okazję słyszeć rozmowy rodziców na temat reformy szkolnictwa średniego wprowadzanej w latach 30-tych., Miały zajść duże zmiany. Zamiast Gimnazjum, jak dotychczas ośmioklasowego, uczeń po 6-ciu lach szkoły podstawowej zdawał do I-szej klasy  czteroklasowego Gimnazjum kończonego Małą Maturą. Chcąc iść na studia wyższe musiał zdać Dużą Maturę po ukończeniu dwu klas Liceum uprofilowanego zależnie od kierunku obieranych studiów lub planowanej pracy zawodowej. Były dyskusje, zastrzeżenia i wątpliwości, ale ta organizacja dotycząca całego szkolnictwa okazała się dość przejrzysta i pożyteczna. Siedmioklasowa Szkoła dawała podstawowy zakres wykształcenia jednocześnie przygotowując do Szkół Rzemieślniczych różnego profilu.

Niewątpliwym autorytetem, w pozytywnym tego słowa znaczeniu w II-giej Rzeczpospolitej

była Policja. Policjant nie nosił przy sobie pałki, ale za to przy pasie, w kaburze miał  rewolwer, który mógł użyć, jeśli tego wymagała okoliczność. Nawet na Kresach Wschodnich, po zaborze rosyjskim mających złe obyczajowe tradycje, raczej do rzadkości należały włamania, czy rabunki. Rewolwer bywał potrzebny ze względu na ewentualną działalność bandytów politycznych. Na terenach przygranicznych byli to komuniści, również Ukraińcy  dokonywali od czasu do czasu  zamachy. Pamiętam zamach na Min. Spraw Wewnętrznych Bronisława Pierackiego. Trumnę ze zwłokami wieziono koleją z Wołynia przez Włodzimierz, a dzieci szkolne żegnały ją na dworcu. Policjanci byli nie tylko stróżami bezpieczeństwa obywateli, ale i interesów państwowych. Jako stróże porządku i spokoju publicznego byli obecni przy strajkach robotniczych, również przy manifestacjach chłopskich. Niestety  zdarzały się użycia broni i tragiczne śmierci wśród uczestników tych wydarzeń. Była przecież i Bereza Kartuska, o której nic szczególnego nie zapamiętałam. Rodzice moi, byli zdania, że Przewrót Majowy 1926r był nieunikniony, gdyż szerząca się anarchia zagrażała naszej Niepodległości. Ja  właśnie w lutym tegoż roku  urodziłam się Ale uczyłam się w szkole i słyszałam w domu, że po tych  tragicznych, bo bratobójczych wydarzeniach Marszałek Piłsudski wraz z oddanymi jemu i sprawie dopiero  co odzyskanej Niepodległości legionistami wyprowadził Ojczyznę z tej groźnej sytuacji. Powstała Sanacja, której nie kochano, ale został zaprowadzony jakiś ład polityczny i gospodarczy. Mówiło się o demokracji o charakterze totalitarnym.

Słyszałam i uczyłam się o licznych stronnictwach i partiach w Polsce. A moi rodzice z wielką troską mówili o niepokojach w kraju i w sejmie. Byli Polakami oddanymi całym sercem i umysłem Polsce i młodzieży, którą kształcili i do żadnej partii nie należeli.

Niepokoje w Polsce na tle ustrojowym, słabość państwa i gospodarki były pilnie śledzone przez naszych sąsiadów, a dawnych zaborców. Już w 1922r na konferencji w Rappallo narodów niezadowolonych z Uchwał Wersalskich ministrowie spraw wewnętrznych Rzeszy Niemieckiej i ZSRR zawarli tajny układ o wspólnej współpracy gospodarczej i wojskowej, która miała prowadzić do zniesienia Ładu Wersalskiego, a oba narody uczynić ponownie sąsiadami.

Marszałek Piłsudski, obdarzony niezwykłą intuicją i wyobraźnią polityczną starał się skupić władzę w rękach ludzi, których znał i wypróbował w konspiracji i boju o Niepodległość Polski. Do legionistów miał po prostu zaufanie, a młodzież i dzieci szkolne i nawet dorośli śpiewali o nich

” Mówili, żeśmy stumanieni, nie wierząc, że ,co chcieć, to móc.

            Więc trwaliśmy osamotnieni, a z nami był nasz drogi Wódz….

                  …..Na stos rzuciliśmy swój życia los, na stos, na stos ….”..

I tak Prezydentem Polski został wyznaczony przez Marszałka legionista prof. Ignacy Mościcki. Był znanym w świecie naukowcem chemikiem i założycielem Zakładów Azotowych koło Tarnowa, tym samym założycielem Mościc. Oddani i współpracujący z Marszalkiem byli ministrowie Józef Beck i min. Oświaty i Wyznań Religijnych Wacław Jędrzejewicz.

Po 130-letnich zaborach należało młodzież szczególnie starannie wychowywać i kształcić. Po tylu latach odzyskaliśmy wolną Ojczyznę. Jednak odczucia patriotyczne i sposób ich realizacji był różny tak, jak szeroki był wachlarz pochodzenia społecznego, zaopatrzenia materialnego, przekonań ustrojowych i wyznań religijnych, a do tego dochodziły różne postawy i oczekiwania kilku milionów mniejszości narodowościowych. Wszak przynajmniej od czasów Kazimierza Wielkiego byliśmy Państwem wielonarodowym.

Przysłuchiwałam się rozmowom rodziców i znajomych i sama również poczyniłam pewne spostrzeżenia. Nie obyło się bez błędów, ale ogólnie, z perspektywy czasu oceniam linię działania rządu i rozwój gospodarczy Państwa Polskiego w tym tak krótkim 20-leciu, po zaborach trwających przeszło130 lat, po rujnującej obszar naszego Państwa straszliwej I-szej Wojnie Światowej jako właściwy i dla Narodu pożyteczny.

 

Polskę, po odzyskaniu Niepodległości w 1918r,.po zaborach zamieszkiwało przynajmniej trzy i pół miliona obywateli żydowskich, którzy pielęgnowali swoje żydowskie tradycje i inność obyczajową. Zamieszkiwali w skupiskach, często, jakby przez nich samych tworzonych gettach. W wielu miastach, a szczególnie na ziemiach po zaborze rosyjskim stanowili 30 do 40 % ludności. Nie tylko w świecie, ale i w Polsce byli ludźmi najzamożniejszymi, jako bankierzy i właściciele wielkich i mniejszych zakładów przemysłowych również Domów Handlowych i okazałych sklepów, kamienic i pałaców. Mówiło się „ulice są nasze, /nosiły polskie nazwy /, ale kamienice i majątki były ich. Obdarzeni przez naturę często nieprzeciętnymi uzdolnieniami, sprytem i wielką umiejętnością mnożenia pieniędzy byli i są najzamożniejszymi kapitalistami świata, decydującymi o wojnach i pokoju. Naturalnie zamożnych, a nawet bardzo zamożnych Żydów było w Polsce tysiące, ale oprócz nich były miliony biedoty, gnieżdżącej się w prymitywnych, przeważnie drewnianych domkach. Szczególnie w miastach Kresów takich, jak Włodzimierz. dzielnica ich była jakby gettem nędznych, przeważnie drewnianych zabudowań, zamieszkałych przez ubogich  rzemieślników i ich rodziny z bardzo licznymi dziećmi. Byli to krawcy, szewcy stolarze, murarze, malarze pokojowi. Szewcy i krawcy pracowali w warsztatach w tych domkach, czasem nawet na ulicy przed domem, na chodnikach z desek. Kobiety zamężne w tej dzielnicy nosiły często peruki, gdyż u Zydów Hasydów golono głowy kobietom na ślubie. Na ulicy przebywało mnóstwo dzieci w różnym wieku. Dziewczynki starsze nosiły i bawiły malutkie dzieci. Chłopcy zabawiali się puszczaniem papierowych łódek w rynsztoku. Było ogólne wrażenie ubóstwa cuchnącego cebulą czosnkiem i.. brudem. Odzież uboga i zaniedbana, ludzie niedożywieni, krzykliwi, posługujący się językiem jidisz. Na rogach ulic stare kobiety z koszami wiklinowymi sprzedające obwarzanki-bajgiełe po pięć groszy i z tego żyły. W tej dzielnicy były trzy synagogi. Przechodząc koło nich, przez otwierane drzwi widziałam modlących się Żydów, owinięntych w białe chusty. Przy drzwiach do każdego z tych domków było pudełeczko z przykazaniami - mezuza zawierała zwitek pergaminu z wersetami Biblii. Należało je dotknąć wychodząc z domu, aby sobie przypomnieć przykazania dane Mojżeszowi przez Najwyższego na Górze Synaj. 

W szabat nie tylko biedni, ale przede wszystkim zamożniejsi Żydzi spieszyli do bóżnic z talmudami pod pachą. Ubrani w czarne chałaty, głowy zawsze nakryte, czapką, mycką, zamożniejsi czarnym kapeluszem. Synowie rabinów często też zostawali rabinami, nosili pejsy kręcące się na policzkach. Bardziej dostojni i zamożni w szabat kroczyli w lisiurach na głowach. Obchodzili ciekawie nazywające się święta, jak np. we wrześniu- „trąbki”, „kuczki”, „nowy rok”, „sądny dzień”. Na koguta składali symbolicznie swoje grzechy, ale to nie przeszkadzało, że go później zabijali i zjadali.

Tworzyli chyba świadomie i celowo diaspory obyczajowe, które mogły innych mieszkańców prowokować do żartów i kpinek. Na pewno to ich trochę denerwowało, ale odnosiłam wrażenie, że ogólnie pomiędzy Polakami innych wyznań, a obywatelami innej rasy i obyczajów była tolerancja.

Zapamiętałam z przed wojny dwa napisy pojawiające się gdzieniegdzie na murach lub płotach. Pierwszy brzmiał: „nie kupuj u Żyda” i miał cel zupełnie logiczny i pożyteczny.. Polacy przez wieki „brzydzili się handlem” i ten napis miał ich mobilizować do zakupów w sklepach chrześcijan lub w Spółdzielni Spożywców, które na Wołyniu zaczęły dopiero pojawiać się w latach 30-tych.

Drugi napis zawierał prawdę, smutną niestety aktualną na Wołyniu i we Włodzimierzu. -„Żyd to komunista”. I tak było na prawdę. Przed wojną ludzi o przekonaniach lewicowych nierzadko nazywano ludowcami, byli naturalnie socjaliści, ale komunistami, a  przynajmniej we Włodzimierzu, to byli Żydzi. Do Gimnazjum 8-mio klasowego Żydzi uczęszczali dość licznie.  Byli często prymusami w nauce. W klasie 8-mej z moją siostrą zdawali maturę również dwaj prymusi Libers i Leskes. Po reformie w Oświacie, po1936 roku powstało Prywatne Żydowskie Gimnazjum i Liceum , którego dyrektorem był pan Ferszlajser, imienia nie pamiętam. Policja we Włodzimierzu nierzadko demaskowała „czerezwyczajki”- związki komunistyczne, złożone z żydowskich profesorów i starszych uczniów tego Gimnazjum i Liceum. Powiadamiano o tym mego ojca, gdyż do jego obowiązków służbowych należał nadzór pedagogiczny i patriotyczny i nad tym gimnazjum. Wiem od naszej matki, że ojciec zwracał się do dyrektora Ferszlajsera z uwagami na temat tej organizacji w jego szkole.

 

Ojca mojego NKWD aresztowało we Włodzimierzu 11 X 1939r.Jednocześnie aresztowało NKWD kierownika szkoły podstawowej nr1 Franciszka Strzeleckiego i inspektora szkolnego Józefa Dominika. Osadzono ich w więzieniu we Włodzimierzu. Z rozkazu Stalina i KC WKPb ZSRR z dnia 5marca1940r,  ….”jako nieprzejednanych wrogów komunizmu….” zamordowano ich w Więzieniu Śledczym NKWD w Kijowie. Miejsce spoczynku niestety dotąd dokładnie nie jest znane, być może jest to Bykownia. Dyrektor Żydowskiego Gimnazjum i Liceum też został zamordowany w więzieniu, ale z kolei przez Niemców., Nie chciałabym łączyć tych dwóch śmierci. W prawdzie, Ojca podano wraz z innymi  na przygotowanej dla NKWD liście do aresztowania wraz z innymi pracownikami szkolnictwa, ale dyrektor Ferszlajser, w przed dzień aresztowania mego ojca zupełnie niespodziewanie odwiedził nas w domu ze swoją żoną i 4 letnim synkiem. Rozmawiał z moim Ojcem na osobności, może próbował go ostrzec. Tak, czy inaczej, Żydzi  po wkroczeniu wojsk sowieckich na teren Polskich Kresów działali ręka w rękę z NKWD. Społeczeństwo doznało przez nich wielu krzywd, za które nie słyszałam, żeby kiedykolwiek chcieli nas  przepraszać.

 

 

Moje miasto rodzinne to Kowel, położony w Północno-środkowej części Wołynia. Leniwie przepływająca rzeka Turia, to już dopływ głównej rzeki pobliskiego Polesia Prypeci.

Ojciec mój, jako stypendysta Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie był zobowiązany po 

Studiach pracę nauczycielską rozpocząć  na Kresach Wschodnich. Oboje  rodzice uczyli przez kilka lat  w Państwowym Gimnazjum w Kowlu i jednocześnie kończyli studia wyższe. Matka moja Stefania z Niedźwieckich  Kisielowa, jako biolog i geograf uzupełniała wyższe wykształcenie na wakacyjnych kursach nauczycielskich, które ukończyła dyplomem nauczyciela szkół średnich. Ojciec po ukończeniu polonistyki, ucząc w Gimnazjum w Kowlu przygotowywał doktorat z filozofii. Promotorem tej pracy był prof. Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie Juliusz Kleiner,. recenzentami prof. Taszycki i prof., Łempicki.

Wkrótce po moim urodzeniu, w roku szkolnym 1927/28 rodzice służbowo zostali przeniesieni do Równego, z którego zapamiętałam ul Sienną, przy której mieszkałam kolejno w dwóch różnych drewnianych domkach z gankami. Włascicielami byli Żydzi, w pierwszym Sajfer, w drugim Gasner. Lepiej pamiętam to drugie mieszkanie. Pamiętam oszkloną werandę, w zimie bardzo chłodną, w której stały moje sanki. Była kuchnia, w której doznałam poparzenia z kubka gorącym mlekiem, którym siostra Jasia mnie poiła. Chyba mnie mocno bolało, bo do dziś pamiętam. A oparzenie podobno miało być wynikiem mojej „nadruchliwości” przy jedzeniu. Pamiętam choinki w tym mieszkaniu i lepienie zabawek na choinkę z kolorowego glansowanego papieru i wydmuszek. Naturalnie przy tym uczestniczyłam. Pamiętam również gospodarzy, którzy byli jacyś inni jak my. Uśmiechnięte do mnie grube panie wydawały mi się rozczochrane. Sporo dzieci było w tym domu. Chłopcy w myckach na głowach, gospodarz w kapeluszu .Wszyscy mówili bardzo głośno i nie raz nie wiedziałam co mówią, szwargotali po żydowsku. Zapamiętałam kanapy i wielkie fotele, obite brązową skórą, a w mieszkaniu czułam obce dla mnie zapachy tych foteli, wielkich mebli w pokoju stołowym i często nie pościelonych łóżek. Trochę się tego wszystkiego brzydziłam, a trochę bałam ich rysów twarzy, innych, jak w moim rodzinnym otoczeniu. Zapamiętałam z pobytu w Równem duży i, jakby ponury wewnątrz kościół, w którym byłam z mamusią. Zapamiętałam jeszcze gramofon z tubą u państwa Faliszewskich. Uczyli w Gimnazjum razem z moimi rodzicami. Czasem w niedzielę szliśmy do nich z wizytą. Słuchałam z zainteresowaniem, jak z tuby wydobywały się melodie piosenek. Usiłowałam je śpiewać razem z moim tatusiem.

 

Już w roku szkolnym 1929/30 ojciec mój dojeżdżał do pobliskiego Zdołbunowa, gdzie pełnił obowiązki dyrektora Państwowego Gimnazjum im Adama Mickiewicza. Został dyrektorem najmłodszym na Wołyniu. W roku szkolnym 1930/31 zamieszkaliśmy wszyscy w Zdołbunowie w dyrektorskim mieszkaniu przy ul.Kolejowej. Dom był duży, z ogródkiem kwiatowym od ulicy. Na podwórzu, od tyłu budynku, na którym rosła pod oknem kuchni wysoka wiśnia, były również krzewy porzeczek i agrestu, trochę grządek z jarzynami, a koło drewnianego płotu wysokie krzewy kwitnącego w maju bzu, no i moja huśtawka. Bardzo  kochałam ten ogród, był odrobinę jak gdyby zaczarowany. Można było w nim pomarzyć po przeczytaniu jakiejś książki. Gimnazjum mieściło się w budynku z czasów zaboru rosyjskiego. Od frontu był piękny ogród szkolny z ciekawą roślinnością, pielęgnowany przez moją matkę wspólnie z uczniami i woźnym. Za budynkiem było duże boisko, wyposażone odpowiednio do gier i ćwiczeń sportowych. Był stosowny teren pod lodowisko w zimie, a zimy na Wołyniu były z reguły śnieżne i mroźne. Pracownia przyrodnicza, to było królestwo mojej mamusi. Były w niej hodowane świnki morskie i białe myszki, mamusia pielęgnowała z młodzieżą szkolną ciekawe i piękne rośliny. Hodowle te służyły do doświadczeń wykonywanych wspólnie na lekcjach, często również poza godzinami lekcyjnymi i były wspólnie z uczniami opisywane, a następnie moja matka opracowywała referaty wygłaszane przez nią i innych nauczycieli na kursach, na które jeździła. Pamiętam, że jako geograf wyjeżdżała w czasie wakacji na wycieczki krajoznawcze i wtedy przychodziły do nas listy od niej i kartki z widokiem zamku i jeziora w Trokach, czy z innych ciekawych miejsc Polesia  lub Wileńszczyzny.

Zdołbunów był miasteczkiem przygranicznym. Tu na stacji kolejowej może 300 m od naszego mieszkania kończyły się szerokie tory dla wagonów przyjeżdżających być może z towarami, rzadziej z pasażerami ze Związku Radzieckiego. Lokomotywa tej kolei szerokotorowej ryczała przeraźliwie obwieszczając swój wjazd na stację. Było to moje pierwsze zetknięcie z rykiem władzy radzieckiej. Miasteczko było rozdzielone przez dość liczne tory kolejowe, przez które przejście było niebezpieczne. Do kościoła lub do sklepów, czy targu trzeba było przez nie przechodzić. Na szczęście Polacy mimo kryzysu końca lat dwudziestych zdobyli się na budowę wiaduktu ponad torami. Było to bardzo ciekawe miejsce

obserwacyjne dla mnie i dla mego braciszka Jędrusia, który urodził się w grudniu 1930 roku.

Swoimi urodzinami w domu przysporzył mi wiele wrażeń, a nawet lęków o moją mamusię. Gdy mnie nareszcie wpuszczono do pokoju sypialnego, gdzie leżała mamusia bladziutka, ale uśmiechnięta, zobaczyłam koło niej małe białe zawiniątko, z którego wystawała ciemna czuprynka. Od razu go pokochałam i stale asystowałam przy karmieniu, kąpaniu i przewijaniu. W lecie, kiedy spał miałam polecenie pilnować go i odganiać muchy. Ach, jak bardzo mi się nudziło!

Rodzice i siostra Jasia szli codziennie do szkoły. W jesieni 1931roku przyszła do mamusi z wizytą pani kierowniczka szkoły podstawowej i spytała mnie, czy chcę już chodzić do szkoły. Chwilę ze mną porozmawiała i być może już na drugi dzień poszłam do szkoły, zlokalizowanej w pobliżu Gimnazjum. Zaczęłam wychodzić z mamusią rano na godzinę 8-mą do szkoły. Czytać nauczyłam się szybko, o ile pamiętam pisanie w zeszycie i rachunki sprawiały mi pewną trudność. Moja wczesna szkolna edukacja została przerwana już w styczniu 1932r., bo dostałam ospę wiatrówkę, po której do dziś mam malutką blizenkę na czole. Chorował również mój malutki braciszek Jędruś. Powtórnie rozpoczęłam naukę szkolną, jako sześciolatek od jesieni, a właściwie od 20 sierpnia 1932r,bo w tych latach, chyba do czasu reformy szkolnictwa w sierpniu zaczynał się rok szkolny. Umiałam już czytać i to czytanie stało się moim najmilszym i najciekawszym zajęciem. Jak moi rodzice mówili, po prostu „połykałam książki”, dziecięce bajki, przygody, trochę później opowieści historyczne.

Mamusia moja przygotowywała referaty na konferencje nauczycielskie. Maszyna do pisania często była u nas w domu. W wyniku moich próśb pozwalano mi na niej pisać już w wieku sześciu lat. Pamiętam kierowniczkę szkoły p.Mikoszewską i moją pierwszą nauczycielkę p.Głowatyńską. Była Rosjanką. Wraz z mężem, jak się wtedy mówiło popem prawosławnym  uciekli z Rosji w czasie rewolucji. Bardzo mile pamiętam do dziś księdza Drabika i lekcje religii, które prowadził. W I-szej klasie, około Wielkanocy na lekcjach opowiadał o Męce Pańskiej tak ciekawie i pobudzająco moją wyobraźnię siedmiolatka, że do dziś pamiętam, jak płonęłam na policzkach z wrażenia.

Byłam w IIgiej klasie, kiedy dostałam łyżwy. W lot opanowałam równowagę i odrobinę umiejętności jazdy. Na boisku koło Gimnazjum było piękne i duże lodowisko. Ze starszą ode mnie koleżanką ”ćwiczyłyśmy holendrowanie.” Trzymałyśmy się obie za ręce. Był nierówny lód, stopiony od światła wysokiej latarni na środku boiska. Upadłyśmy obie pod tą latarnią, ona jakoś wstała, a mnie wyniesiono na rękach z boiska. Złamałam nogę w podudziu.. Rentgena naturalnie w naszym miasteczku nie było, a nawet tego dnia nie było również lekarza chirurga, bo pojechał na zjazd lekarski. Składał mi tę złamaną nogę lekarz akuszer, tak zwano wówczas lekarzy położników. Włożył nogę w łupki. Przyjechał chirurg, sprawdził, czy kości dobrze złożone i po 10-ciu dniach leżenia w łupkach założył ciężki gips z  obcasem, z którym leżałam trzy miesiące. Miałam osiem lat, a braciszek Jędruś trzy lata. Na Wołyniu nie rzadko nie trzymaliśmy pomocy domowej, wówczas nazywanej służącą. Rodzice od czasu do czasu woleli, z pomocą mojej starszej siostry Jasi sami gospodarzyć, a obiady brać od osób, które stołowały ludzi dla zarobku. Tak było i wtedy, w czasie mojej choroby.

Zostawaliśmy do południa sami we dwoje i trzyletni braciszek mnie obsługiwał. Bawiliśmy się moimi lalkami i jego misiami, czytałam mu moje bajki i Płomyczki, które prenumerowano dla mnie. O oznaczonej godzinie, a znałam się już na zegarku, Jędruś podawał mi przygotowane przez mamusię przed pracą drugie śniadanie i oboje jedliśmy. Ja naturalnie go karmiłam i poiłam. Kładł się koło mnie na tapczanie, okrywałam go i spał smacznie. Wkrótce przychodziła mamusia ze szkoły lub siostra. Oprócz czytania masy książek z wielkim zapałem w czasie tej choroby wyszywałam serwetki, nauczyła mnie tego mamusia. Czasami zostawaliśmy sami również wieczorami, gdy rodzice z siostrą wychodzili na przedstawienie lub akademię. Trochę się wtedy bałam, chociaż lampa w pokoju była zaświecona aż do ich powrotu. Końcem kwietnia gips rozcięto. Noga była szczuplejsza i nieraz bolała, ale powoli chodziłam coraz sprawniej. Szybko nadrobiłam szkolne zaległości i z samymi piątkami przeszłam do następnej klasy. Rodzice zadecydowali, że w tym roku, w związku z chorobą nie przystąpię do I-szej Komunii św, czego bardzo żałowałam.                                                            

 Tymczasem rodzicom zaproponowano przeniesienie ze Zdołbunowa do Włodzimierza Wołyńskiego. Był to awans dla tatusia. Budynek gimnazjalny był większy, miał być remontowany i przystosowywany do nauczania zgodnie z projektami reformy Oświaty min.Wacława  Jędrzejewicza. Miały powstać pracownie do nauki biologii, chemii, fizyki i dwie sale gimnastyczne. Ten wielki budynek, pamiętający jeszcze czasy zaboru rosyjskiego opuszczała Szkoła Rzemieślnicza przenosząca się do własnego budynku przy ul. Pierackiego. Miało się kształcić w powstającym Liceum i Gimnazjum 400 uczniów. Trzeba było zlokalizować i zorganizować bursę dla chłopców z okolic Włodzimierza.

Rodzice snuli plany, a ja nie byłam zadowolona. W Zdołbunowie było mi tak dobrze, miałam dobrą koleżankę, córkę robotnika, z którą siedziałam w szkole przez dwa lata. Nazywała się  Ala Pytówna. Tak dobrze mi się mieszkało i bawiło w ogrodzie z bzami i huśtawką. Jednak zapamiętałam sobie, że wieczorami nie było w Zdołbunowie bezpiecznie. Tatuś miał w domu rewolwer i jeżeli musiał wyjść wieczorem z domu, to go brał do kieszeni, nawet nabity. Kiedyś wrócił i mówił, że jacyś mężczyźni go napadli i strzelał w powietrze, by ich spłoszyć. Rodzice mówili, że to być może komuniści, może nawet z poza naszej granicy wschodniej.

W czasie tych ostatnich moich wakacji w Zdołbunowie podjęłam wstępne postanowienie, że będę studiować medycynę. Przysłuchiwałam się rozmowie obojga rodziców o ich studiach.

Mamusia mówiła do mego ojca, że po maturze bardzo chciała studiować medycynę, ale była z rodziny niezamożnej i musiała myśleć o rychłym podjęciu pracy zarobkowej, a wówczas na studiach medycznych nie było więcej jak kilka % kobiet i, że bardzo by pragnęła, żeby któreś z nas dzieci poszło na studia lekarskie. Nic nie mówiąc o tym głośno, pomyślałam sobie, że to będę ja.

Później, w następnych klasach jeszcze inne przedmioty i zawody mnie interesowały i pociągały, ale myśl, aby zostać lekarzem i pracować przy łóżku chorego powracała. Już ostatecznie medycynę wybrałam, mając okazję widzieć w czasie wojny przez okno z ulicy chorych na tyfus w szpitalu żydowskim w getcie we Lwowie. A moja mamusia byłaby na pewno dobrym lekarzem, miała potrzebne uzdolnienia, była wrażliwa na cierpienie ludzi, i miała wspaniałą intuicję, która lekarzowi jest bardzo potrzebna. 

Wakacje w 1934r spędziłam ze starszą siostrą i braciszkiem Jędrusiem na rdzennie ukraińskiej wsi Myzowo, oddalonej 25 km od Kowla u mojej ciotki nauczycielki Wiktorii Niedżwieckiej mojej matki chrzestnej, a siostry naszej matki. W Myzowie k/ Kowla była kierowniczką czteroklasowej szkoły podstawowej.

Prowadziła nie łatwe w tych warunkach nauczanie podstawowe. Do I-wszej klasy zgłaszały się dzieci, które znały wyłącznie rodzimy język ukraiński. Ciotka uczyła je po ukraińsku bukwy cyrylicy, a następnie na lekcjach j. polskiego uczyła mowy polskiej i alfabetu łacińskiego. Przez parę tygodni września 1934r, z powodu przeprowadzki do Włodzimierza pozostawałam z bratem u cioci w Myzowie i chodziłam tam do szkoły.

Miałam więc okazję poczynić pewne spostrzeżenia, które zapamiętałam. Zaczęłam się uczyć czytać na ukraińskim elementarzu i przysłuchiwałam się językowi, którym dzieci mówiły po ukraińsku. W tej szkole był jeszcze nauczyciel rodem z woj.Poznańskiego, nazywał się Czesław Molik i uczył  pozostałe przedmioty łącznie z pracami ręcznymi dla chłopców.

 

Szkoła mieściła się w niedużym parterowym domu z kwietnym ogródkiem od frontu. Mieściły się w niej dwie izby szkolne, w których uczono na zmiany. Mieszkanie kierowniczki

to była kancelaria  będąca jednocześnie sypialnią i jadalnią. Była obok kuchnia z wielkim piecem kuchennym, a przy kuchni mały pokoik, w którym rezydował nasz dziadek Władysław Niedżwiecki. Urodzony w Basiówce koło Lwowa, emerytowany skromny urzędnik Namiestnictwa. Mieszkał tam z córką, a naszą ciotką, dzięki czemu nie była taka samotna na wsi  „zabitej deskami,” daleko od miasta. Za szkołą było boisko szkolne i zabudowania gospodarcze. Po podwórzu kręciło się parę kur i kurcząt, a dziadzio Władysław sypał im ziarno z przetaka. Pomagała mu w gospodarstwie i na małym uprawnym poletku, ubrana w dość długą lnianą koszulę dziewczyna imieniem Ulana. Dziadzio służąc w wojsku austriackim był kucharzem. Gotował więc wspaniałe pierogi ruskie, piekł niezwykle smaczne ciasteczka kruche i rogaliczki, które ze sobą przywoził w walizeczce, kiedy odwiedzał nas we Włodzimierzu. W szkole, w Myzowie religii uczył prawosławny pop w czarnym odzieniu, z długimi włosami na głowie i długą brodą. Mieszkał koło pobliskiej cerkwi z żoną i kilkorgiem dzieci. Przy cerkwi stała również drewniana dzwonnica. Dźwięk szybkiej sygnaturki wzywającej na nabożeństwa był charakterystyczny.

Z jego córeczką Luboczką bawiłyśmy się. Było nam smutno, bo nierzadko napotykałyśmy  martwe małe ptaszki, które wypadły z gniazda, robiłyśmy im pogrzeb. Wieś była rozciągnięta wzdłuż błotnistej wiejskiej drogi z koleinami. Drewniane wiejskie chałupy kryte słomą stały przy tej drodze. Ściany bielone, z małymi okienkami. Wewnątrz przeważnie jedna izba mieszkalna z wielkim kuchennym piecem i zapieckiem, na którym w zimie spały dzieci lub starzy członkowie rodzin. Zamiast podłogi gliniane klepisko. W sieni domu spiżarnia, w izbie pachniało razowym chlebem, maślanką i serem.

Do izb mieszkalnych przeważnie przylegały ściany obory i stajni, a na końcu chlewik dla świnek, które korzystały z każdej okazji, by uciec na podwórze i wytaplać się w błocie.

Pamiętam drewniane, niskie studzienki, z wiadrami na łańcuchu, niektóre również z żurawiem. Stanowiły niebezpieczeństwo szczególnie dla małych dzieci. Niedaleko zabudowań gospodarczych lokowano dół z gnojówką, cuchnący zbiornik nieczystości od zwierząt i podściółki. Było to naturalne źródło nawozu na te niezbyt urodzajne pola. Warunki  sanitarne były ogólnie złe. Woda ze studzien często zaskórna i skażona bakteriami. Dzieci szkolne i chyba również dorośli podlegali obowiązkowemu szczepieniu przeciw durowi brzusznemu.

Lubiłam polnymi miedzami chodzić na spacery między łanami złocistych zbóż. Przy miedzach rosły polne grusze, rzucające na wędrowca cień w upalne, wołyńskie lato. Bliżej chałup były zagony niebiesko kwitnącego lnu na lniany przyodziewek, zagony konopi na powrozy i worki, zielone zagony kapusty, zagony maku, no i ziemniaków, będących podstawą żywienia mieszkańców, szczególnie przy głodnym i długim przednówku.

Upalne dni lata często kończyły się burzą i ulewnym deszczem. Wody deszczowe wypełniały rowy przydrożne i były przyczyną błotnistych i grząskich kałuż na drodze. Wzdłuż rowów rosły wierzby rosochate i wiklina, przydatna do plecenia koszy i półkoszków do wozów.

Łąki często podmokłe, bo przecież bagienne rozlewiska Polesia były już niedaleko. A na pastwiskach i przy rowach pasły się krowy i kozy, również spętane konie.

Wieczorem, po zachodzie słońca na przyzbach siadały dziewczyny i młode kobiety w lnianych, pięknie wyszywanych czarnymi i czerwonymi krzyżykami koszulach, śpiewały na głosy swoje ludowe pieśni rozlewnie zawodząc. To ich śpiewanie miewam jeszcze czasem                         w uszach.

Mieszkańcy wsi wydawali się dobrze usposobieni do swojej, jak po rusku mówili „uczytelki”, a mojej ciotki, energicznej i zdecydowanej kierowniczki szkoły, wymagającej od uczniów pilności i dyscypliny, ale zawsze gotowej poradzić i pomóc. Jednak ciotka mimo jak się wydawało dobrych układów z mieszkańcami wsi czuła narastającą wrogość i wzbieranie ukraińskiego skomunizowanego nacjonalizmu. Na pewno już ukraińscy emisariusze, może nawet zza wschodniej granicy judzili przeciw „lachom”, jak nas jeszcze kozacy nazywali.

Rozpoczęła starania o przeniesienie do wsi  z ludnością polską. Inspektor szkolny w Kowlu p. Panek nie chciał jej z tego Myzowa wypuścić. Prosiła o pomoc mego ojca, wówczas już dyrektora Państwowego Liceum i Gimnazjum we Włodzimierzu Wołyńskim. Udało się, i już w roku szkolnym  1936/37  uczyła w Siedmioklasowej szkole podstawowej w Wąsowiczach oddalonych 14km od Włodzimierza. Była to osada wojskowa ludności z Lubelszczyzny nazwana od nazwiska dowódcy Oddziału Wąsowicza. Każdy osadnik dostał  12 morgów pod uprawę. Pobudowane domy były przeważnie drewniane, z werandami. Teren  falisty, grzędy pól obsiane żytem i pszenicą. Zboże wysokie, kłosy pełne. Przy drewnianej, schludnej zabudowie były sady dorodnych czereśni i wiśni wożonych na sprzedaż do miasta w wiklinowych koszach. Ciocia Wisia i dziadzio Władysław zamieszkali u osadników, u państwa Różyckich w schludnym drewnianym domku. Spędzaliśmy oboje z bratem, czasem również i z siostrą przynajmniej parę dni wakacji w Wąsowiczach. Jak zwykle dużo czytałam, ale były również wesołe i beztroskie zabawy z dziećmi gospodarzy Wandą i Ryśkiem, jej bratem. Siadywaliśmy na konarach czereśni, zrywaliśmy je do celów gospodarczych i jednocześnie raczyliśmy się pysznym, dojrzałym owocem. Lata wołyńskie były zwykle upalne, częste burze z ulewnym, ciepłym deszczem. Jak przyjemnie było biegać bosymi nogami po mokrej trawie i taplać stopami w kałużach ciepłej deszczówki.

Wybuch wojny we wrześniu 1939r.i zdradzieckie wkroczenie armii sowieckiej na nasze Kresy bezpowrotnie zniszczyły nasz kraj lat dziecinnych.

 

Państwo Różyccy zostali wywiezieni w śnieżną i bardzo mroźną noc z 10/11 lutego1940r do zalesionych okolic Archangielska i robót przy wyrębie drzew. Ciotka moja Wiktoria zdążyła narzucić na sanie, na których ich umieszczono kożuch mego dziadka Władysława, który właśnie zmarł na początku lutego 1940r. Okryła nim sparaliżowanego od kilku tygodni pana Różyckiego. Wkrótce zmarł na tej obcej i niegościnnej ziemi. Pozostali członkowie tej rodziny częściowo wrócili do Polski w 1946r. Syn Rysiek, wzięty do wojska przez sowietów zginął na wojnie. Z Wandą spotkałam się dopiero w latach 90-tych. Mieszka we Wrocławiu. Ukończyła studia pedagogiczne, pracowała w szkolnictwie, ale już była na emeryturze. Odwiedziła mnie w Tarnowie. Niechętnie opowiadała o trudnych, a nawet tragicznych dziejach swej rodziny. Raczej wspominałyśmy lata dziecięce, nasze beztroskie zabawy i psoty.

A moja ukochana matka chrzestna pozostała sama w Wąsowiczach. Dziadzio Władysław miał jeszcze nieukończone 77lat, nie przeskoczył dwóch siekierek. Zmarł we śnie 6 lub 7-mego lutego 1940r. Ogromnie przeżył ponowną utratę Niepodległości, jaka nastąpiła po wkroczeniu Sowietów na polskie ziemie, na wschód od Bugu. Ciosem dla Niego była również okoliczność uwięzienia mojego ojca, którego jako teść szanował, a nawet podziwiał za wykształcenie, prawość w życiu, oddanie Polsce i własnej rodzinie. Ostatecznie załamała go wiadomość, że moja matka, a jego córka z wnukami zmuszona była przed dalszymi sowieckimi represjami opuścić Włodzimierz i uciec na zupełnie niepewny los do Lwowa. Był schorowany, zawsze sporo palił. Wprawdzie przed wojną palił bardzo wonny, chociaż naturalnie odpowiednio drogi Tytoń Turecki, z którego nabijałam mu tutki do palenia o nazwie MORVITAN. Zmarł z poprzedzającymi ten zgon objawami udaru mózgu. Z powodu wysokich zasp i mrozu, ani po lekarza, ani nawet po księdza z Ostatnimi Sakramentami  nikt nie zdecydował się pojechać. Był dobrym, mądrym i uczciwym człowiekiem. Po śmierci żony, która zmarła na hiszpankę w 1918 roku, już się nie ożenił. Zamieszkał z najmłodszą córką, której towarzyszył w niełatwych losach nauczycielki wiejskiej. Wnukom okazywał dużo zainteresowania, troski i serca. Jak mi wiadomo, opiekował się mną, jako niemowlęciem do mojego pierwszego roku życia, bo mamusia po sześciu tygodniach urlopu musiała wracać do szkoły. Takie były ustawy. Urlopv macierzyńskie były krótkie, a każdemu zależało na pracy, którą pełnił.

 

Tarnów                                           Beata  Kisiel Lubichowa.

Dziadkowie naszych dzieci cz. III

Opublikowane jako: Wspomnienia z Wołynia — admin @ 7:28 po południu

 

DZIADKOWIE NASZYCH DZIECI III

 

Wojska sowieckie wkroczyły do Lwowa 27 lipca 1944 r. Polacy przeżyli kilka godzin radości, na wieży Ratusza zawisła biało-czerwona flaga, zawieszona ręką polskiego żołnierza. Niestety ta radość była krótka. Ukraińcy usunęli ją i zawiesili swoją żółto-siną z tryzubem. I znowu na murach kamienic pojawiły się napisy “Lwiw buł, je i bude ruskij”. Współuczestnicząca w walkach o Lwów Armia Krajowa doznała straszliwego zawodu, nie mogło być mowy o współpracy i braterstwie w walce z niemieckim najeźdźcą. Ukraińcy tryumfowali. Żołnierze AK musieli się ukrywać, wielu aresztowano, deportowano, zamordowano.

Lwów, stosunkowo nieznacznie ucierpiał od trwających przez tydzień działań wojennych, jednak elektrownia wyleciała w powietrze, wysadzona przez Polaków. Było smutno, ciemno i zimno. Pesymiści mający się za jasnowidzów zapowiadali, że Armia Czerwona zatrzyma się aż na brzegu Atlantyku.

 

Była jesień 1944roku, młodzież pragnąca nadrobić stracony czas w okresie okupacji, tłumnie zgłaszała się do sowieckiej X-latki. Zespół uczennic w klasie 10 B przy ulicy Ochronek 9, (w budynku dawnego Liceum i Gimnazjum Sióstr Notre-Dame) był bardzo zróżnicowany ze względu na wiek dziewcząt jak również zakres wiedzy szkolnej, którą zdołały do tej pory osiągnąć. Były to dziewczęta po VII, VIII, również IX-tej klasie Dziesięciolatki Sowieckiej, ukończonej w czerwcu 1941r. Niektóre dziewczęta w czasie okupacji kontynuowały naukę, na przykład uczęszczając do Handlówki lub na tzw. Kursy Przygotowawcze do Szkół Zawodowych przy ul. Piekarskiej. W czasie okupacji niemieckiej nie było żadnego oficjalnego, średniego szkolnictwa. Przecież inteligencji polskiej miało w ogóle nie być.

 Kwitło natomiast Tajne Nauczanie, tzw. komplety, za które groziło więzienie, a nawet obóz zagłady dla nauczycieli no i naturalnie dla uczniów. Tak zginęli  liczni, odważni lwowscy pedagodzy. Pamiętam uczącą mnie na tych Kursach polonistkę prof. Marię Uszyńską, którą uwięziono, a następnie zamordowano w Obozie w Majdanku.

 Miałyśmy, w tej klasie 10B wyjątkowych profesorów. Profesor matematyki, Józef Orłowski, był przed wojną wizytatorem. Wspaniale wykładał, ale „egzekwując”nasze wiadomości nieomal znęcał się nad uczennicami, którym arkana algebry, trygonometrii i geometrii wydawały się nie do pojęcia. Po prostu miały wielkie braki w tej matematycznej wiedzy, trudne do nadrobienia w tak krótkim czasie.

 Języka polskiego uczył nas również wizytator przedwojenny, prof. Tadeusz Woytoń. Literaturę polską wykładał pięknie i interesująco. Zachwycały nas te jego lekcje literatury i za razem historii polskiej. Podziwiałyśmy jego wiedzę, patriotyzm i odwagę. Kochałyśmy go wszystkie. Jeszcze wtedy nie miałyśmy pojęcia o tajnych ustaleniach konferencji w Teheranie, ani o wynikach konferencji w Jałcie.

 Pewnego, mroźnego, lutowego ranka 1945 roku prof. Woytoń wszedł do klasy blady i zmieniony na twarzy. Opowiedział nam tragiczną prawdę, że nasi wojenni sprzymierzeńcy  postanowili już ostatecznie nasze Zabużańskie Ziemie ze Lwowem i Wileńszczyzną oddać Stalinowi i, że zostaną one włączone do Republik, Ukraińskiej, Białoruskiej i Litewskiej, czyli do ZSRR. A do tego Polacy zamieszkali na Zachód od Bugu, na żądanie Stalina zostali również oddani pod wpływy i zależność polityczną i gospodarczą od bolszewików.

 Zwycięstwo aliantów, z którymi wspólnie walczyliśmy na tylu frontach przyniosło dla naszego narodu klęskę i utratę terytoriów tak ważnych i bliskich sercu każdego Polaka. Również z utratę narodowej suwerenności. Profesor przedstawił tę naszą polską sytuację, jak również  wiadomość dotyczącą utraty Lwowa i Wilna na podstawie informacji z radia, które mimo zagłuszań przecież docierały do społeczeństwa.

 Uchwały Jałty i Teheranu pozbawiły nas praw mieszkania we Lwowie i na ziemiach Podola, Wołynia i Polesia, pozbawiły nas Ziemi zamieszkiwanej od wielu wieków przez     pokolenia Polaków. A przecież wielonarodowe miasto Lwów, tak przepięknie położone na dziale wód płyty Podolskiej było najpiękniejszym z miast polskich. Budowali to miasto Polacy, Rusini, Żydzi, Ormianie, Niemcy i inne nacje. Byli to bogaci kupcy, rzemieślnicy i mieszczanie osiedleni od wieków na szlakach handlowych północ-południe i wschód-zachód Europy. Dlatego taka piękna architektura i taka cudowna mozaika kultur wschodu i zachodu, jakiej gdzie indziej się nie spotyka. To miasto humoru i piosenki, ludzi serdecznych, z sercem na dłoni. Szloch szedł przez klasę, płakałyśmy wszystkie, ten wyrok był ponad nasze wszelkie wyobrażenie.

 Wstała moja serdeczna koleżanka Ala Czyż, córka robotnika, przedwojennego socjalisty i powiedziała: “Panie profesorze, jak to jest możliwe, by zło tryumfowało nad dobrem?”. Nie mogła tego pojąć swym prawym i niezmiernie logicznym umysłem. Po wyjeździe ze Lwowa, w kilka lat później zmarła w szpitalu psychiatrycznym na Śląsku wśród objawów schizofrenii.

   Gdyby w tej klasie znalazła się chociaż jedna dziewczyna gadatliwa i nieodpowiedzialna, profesor Woytoń, wraz z nami znalazłby się natychmiast w więzieniu, a następnie na zsyłce na Syberię. Wśród czterdziestu kilku dziewcząt była jedność i dojrzałość. Przebrnęłyśmy przez meandry nadrabiania kilku lat zaległości w nauce i wszystkie zdałyśmy maturę w lecie 1945r. Profesorowie, którzy nas w tej klasie uczyli, przeważnie całą okupację działali w tajnym nauczaniu. Wykładali i wymagali od nas znajomości programu Liceum Humanistycznego. Świadectwo  ukończenia dziesięciolatki nie było dla Uczelni za Bugiem równoznaczne ze świadectwem maturalnym. Młodzież uzupełniała swoje wiadomości i podobnie jak za okupacji zdawała w tajnym nauczaniu historię polską i współczesną oraz języki obce na poziomie Liceum Humanistycznego. Dyrektorzy kompletów wystawiali odpowiednie zaświadczenia o zdaniu matury, które należało przedłożyć w Kuratoriach.

 

Przyczyną naszego wyjazdu ze Lwowa była nie tylko zagrabienie przez Stalina Polskich Kresów Wschodnich i przyłączenie ich do Związku Radzieckiego. Polacy opuszczali ten piękny, ukochany i urodzajny Kraj pod naciskiem trudnej do pojęcia nienawiści  Rusinów, zwanych od XIX wieku Ukraińcami. Ich nacjonalizm skłonny do najstraszniejszych okrucieństw wypielęgnowali niestety Austriacy.

 Cesarstwo Austro-węgierskie z końcem I-wszej Wojny Swiatowej ulegało rozpadowi. Intrygowali i dali broń do walki z Polakami zamieszkującymi od wieków te ziemie wraz z Rusinami i innym osiadłymi mieszkańcami od dziada pradziada.  Tak doszło do wojny ukraińsko-polskiej 1918/19r. i Obrony Lwowa.

W okresie międzywojennym nacjonaliści ukraińscy, mamieni  przez Niemcy obietnicą stworzenia Autonomicznej Ukrainy utrzymywali przyjazne stosunki z przygotowującą się do wojny Rzeszą Niemiecką. Na terenie Rzeszy były przez Niemców organizowane i szkolone wojskowe oddziały Ukraińców, dobrze później znane z okrucieństwa w czasie okupacji na Kresach i w czasie działań wojennych.

Mordowanie Polaków zaczęło się wraz z wkroczeniem armii radzieckiej, a przybrało makabryczne rozmiary po wkroczeniu Niemców w 1941r. Ukraińscy Policjanci okrucieństwem dorównywali Gestapo. Pastwili się nad Polakami, ale szczególnie okrutnie traktowali i zabijali Żydów. Od 1942r wzmogły się mordy nad Polakami przez bandy UPA. Z rozkazu UPA mężowie zabijali żony pochodzące z rodzin polskich, a synowie swoje matki-Polki. A przecież małżeństwa narodowościowo mieszane były nad tych ziemiach obyczajem praktykowanym od wiek wieków. Szczególnie okrutnie i bestialsko zabijano dzieci i kobiety , nie tylko na Podolu, ale i na Wołyniu, z którego pochodzę. Przy okazji mordu z dymem puszczano całe osiedla. W okrucieństwie dorównywali średniowiecznym  hordom tatarskim i XVII-wiecznym Kozakom.

 Na Wołyniu okrutną śmiercią zginęła moja wujenka Helena z Orłowskich Niedźwiecka pochodząca z rodziny ukraińskiej po matce. Jej mąż, a brat mojej matki Marian Niedźwiecki nie zdołał po masowym  mordzie odnaleźć jej zwłok, ani ich zidentyfikować wśród zamordowanych kobiet.

 

Ukraińcy grozili śmiercią, Stalin więzieniem, lagrem, zsyłką na Syberię lub do Kazachstanu. Takim metodami wypędzano nas za Bug. Płakaliśmy, ale coraz częściej mówiło się o konieczności wyjazdu. Aby zachować życie, trzeba było zostawić groby ojców i praojców, domy rodzinne, zasobne gospodarstwa rolne i miejskie, nie rzadko zabytkowe kamienice. Zostawialiśmy ziemię nad podziw urodzajną, od wieków zwaną “spichlerzem Europy”. Brano w bolszewicki jasyr, na zniszczenie najdorodniejszą Córę Wielonarodowej Rzeczypospolitej. Uprawianie ciężkim sprzętem mechanicznym tej pulchnej ziemi, tej stepowej próchnicy Dzikich Pól niszczyło jej strukturę i pozbawiało urodzajności. Serca się krajały, z oczu płynęły gorzkie łzy, ale decyzje zapadały i kolejno zgłaszaliśmy się do tzw. PURu, aby zarejestrować się na wyjazd. Oczekiwało się kilka tygodni na swoją kolejność. Oczekiwało na dworcu całymi dniami na podstawienie bydlęcych, żelaznych wagonów, by następnie przez kilka tygodni jechać na zachód na Ziemie Odzyskane, na których w prawdzie kończyła się wojna, ale ciągle dymiły zgliszcza i wybuchały miny.

 

19 września 1945r., w jesiennym deszczu i chłodzie i my czekaliśmy kilka dni na podstawienie wagonów na dworcu Czerniakowskim we Lwowie. Do jednego wagonu ładowano na raz wiele rodzin, które brały ze sobą najniezbędniejsze rzeczy osobiste, drobny sprzęt gospodarczy, trochę pościeli. Myśmy również wzięli nasz skromny dobytek i trochę książek, które nam się udało ocalić w czasie naszej wojennej tułaczki. W dniu wyjazdu ze Lwowa padał deszcz. Lwów płakał za nami, a my za Lwowem. Śledząc na widnokręgu niknące wieże kościoła Św. Elżbiety, miałam oczy zapuchnięte od łez. Stosunkowo nie dużą odległość ze Lwowa do Krakowa jechaliśmy przez tydzień mając po drodze wielogodzinne przystanki. W żelaznych wagonach było bardzo zimno. W czasie przystanków paliliśmy ogniska pomiędzy torami, by się trochę ogrzać.

 Wyjeżdżając ze Lwowa łudziliśmy się, że może za Bugiem nawiążemy jakieś kontakty i dowiemy się czegoś o losie naszego ojca. Wieziono nasz transport na Ziemie Zachodnie, ale matce udało się przekonać sowieckiego konwojenta, resztką naszego rodzinnego budżetu, żeby pozwolił nam wysiąść na dworcu w Krakowie.

 

 W Krakowie mieszkał z rodziną cioteczny brat naszej matki, Inspektor Szkolny Kazimierz Szymański. Postanowiła go odszukać i poprosić o pierwszą pomoc. I tak początkowo zamieszkaliśmy u wujostwa w Krakowie przy ulicy Meiselsa. Matka ze swoją siostrą, a moją matką chrzestną nauczycielką Wiktorią Niedźwiecką oraz z moją siostrą Janiną natychmiast rozpoczęły starania o prace w Kuratorium i dostały ją w Gimnazjum i Liceum w Miechowie, a ciotka moja Wiktoria w Kaszowie k/Krakowa.

 W Miechowie, we cztery osoby zamieszkaliśmy w malutkim pomieszczeniu, które wcześniej służyło jako szatnia gimnastyczna dla uczniów. Dostałyśmy trzy prycze z nieheblowanego drzewa wraz z pluskwami, o których, jak się okazuje do dziś pamiętam. Przy kolacji matka powiedziała “Dzieci, jaka ta Polska jest to jest, ale zabieramy się do pracy”.

 I tak rozpoczęła się nasza mała stabilizacja życiowa i materialna po wyjeździe z rodzinnych stron i ukochanego Lwowa.

 W Krakowie, po przedłożeniu w Kuratorium zaświadczenia o zdaniu matury w Tajnym Nauczaniu we Lwowie dostałam świadectwo dojrzałości. Natychmiast złożyłam dokumenty w Dziekanacie Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego i przystąpiłam do egzaminu konkursowego na ten wydział. Niestety, w tym roku przyjęto tylko 40 kobiet na I-wszy rok studiów ze 600 podań kobiecych. Była to już moja druga porażka. Przed decyzją na wyjazd ze Lwowa, we wrześniu 1945r, również przystąpiłam do egzaminu na Wydział Lekarski. Przyjęto tylko 10 Polaków, ta moja porażka we Lwowie przyspieszyła nasz wyjazd. A ja przecież od dziecka mówiłam, ze będę lekarzem. Moja pierwsza wielka miłość - medycyna, zawiodła mnie do Wrocławia, do którego przyjechałam pociągiem 16 listopada 1945 roku, w trudnych do wyobrażenia warunkach jazdy.  Wrocław jeszcze dymił od trwających pożarów, ściany ruin zbombardowanych kamienic waliły się wokół strasząc i zagrażając przechodniom, miny tu i ówdzie wybuchały. A ja, zaopatrzona w list polecający od profesora Tadeusza Lehra-Spławińskiego, /który znał i cenił mego ojca/, do ówczesnego Dziekana Wydziału Lekarskiego, prof. Ludwika Hirszfelda, zjawiłam się pod Dziekanatem. Właśnie wywieszano listę przyjętych na Wydział Medyczny, już było po egzaminach wstępnych.  Wśród ruin i gmatwaniny ulic o niemieckich nazwach odnalazłam budynek Uniwersytetu i Katedrę Historii, a tam odszukałam ojca mojej szkolnej koleżanki ze Lwowa, prof. Karola Maleczyńskiego. Zwróciłam się do niego o pomoc. Profesor poszedł do Dziekana prof. Hirszfelda i  wyjednał mi dopuszczenie do egzaminu dodatkowego, organizowanego dla wojskowych na studia medyczne. Tym razem, po egzaminie zostałam przyjęta. Rozpoczęłam nowy etap samodzielnego życia, jako studentka Wydziału Lekarskiego. Mimo trudnych w tym czasie warunków bytowania we Wrocławiu czułam się po prostu ogromnie szczęśliwa.

 Po uzyskaniu absolutorium w 1950r, podjęłam pracę jako p.o.lekarza na Klinice Dziecięcej we Wrocławiu, przy ulicy Karłowickiej. Po wojnie, na Oddziałach szpitalnych zatrudniano absolwentów medycyny, bo lekarzy w Polsce ogromnie brakowało, a szczególnie na Dolnym Śląsku.

 

Wrocław był straszliwie zniszczony nie tylko działaniami wojennymi, ale również i być może przede wszystkiem przez odchodzących z tych ziem Niemców. Przez długie, następne lata był odgruzowywany przez mieszkańców, którzy się tu osiedlali, również przez młodzież akademicką. W czasie jednej z takich akcji odgruzowywania spotkaliśmy się z kolegą z lat gimnazjalnych Romkiem Lubiczem, studentem Politechniki Wrocławskiej. On już wiedział, że jego ojciec jego kpt. Stefan Lubich został w Katyniu zamordowany. Wiadomość tę potwierdził Międzynarodowy Czerwony Krzyż w Szwajcarii, do którego pisał po wojnie.   

 

A myśmy nadal czekali na ojca i nadal nie wiedzieliśmy, co stać się z nim mogło po wywiezieniu więźniów z więzień Wołynia. Nasza matka, moje rodzeństwo i ja, każdy na własną rękę pisaliśmy do wszelkich możliwych Instytucji, zajmujących się poszukiwaniami osób zaginionych w ZSRR.  Nie było go jednak na żadnej liście poszukiwanych i znalezionych. Jego dawni profesorowie z uczelni jak również koledzy też się o niego pytali. Brakowało w Polsce ludzi wykształconych, chciano powołać go do pracy wykładowcy. A on nie wracał. I mimo tych licznych poszukiwań, nikt nie potrafił odpowiedzieć żonie i nam, jego dzieciom, jaki był dalszy los Dr filozofii Leona Kisiela i, gdzie, może już jego życia kres  się dokonał.

I tak upływały dziesiątki lat bez wieści o nim. Mieszkańcy Włodzimierza, którzy w czasie ukraińskiego Ludobójstwa na Wołyniu zdołali się uchronić od zagłady, zamieszkali w PRLu i  rozproszyli się po Polsce. Jednak znaczna ich liczba zamieszkała po wojnie w Warszawie, również dawni wychowankowie Włodzimierskiego Gimnazjum. Od 1958r odbywały się w W-wie zjazdy Włodzimierzan.

 Włodzimierzanie ufundowali tablicę poświęconą pamięci profesorów i uczniów poległych w obronie ojczyzny, zamęczonych w obozach i więzieniach w latach 1939-1945 r. Tablica ta została umieszczona w przedsionku Kościoła św. Anny na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie i odsłonięta 27 maja 1979 r. Jest na niej nazwisko mego ojca, ostatniego dyrektora Gimnazjum i Liceum we Włodzimierzu im. Mikołaja Kopernika dr fil. Leona Kisiela.

 W tej uroczystości uczestniczyliśmy z mężem i moim rodzeństwem Janiną i Andrzejem. Był to dla nas wtedy symboliczny pogrzeb naszego Ojca. Przy okazji pobytu w Warszawie w tym miejscu kładziemy kwiaty i palimy znicze.

 

W jesieni 1992r,z polecenia Borysa Jelcyna zostało ujawnione przez Rosjan i podane do publicznej wiadomości, że na wniosek Berii, z rozkazu Biura Politycznego Komitetu Centralnego WKPb ze Stalinem na czele, w dniu 5 marca 1940 r. wydano rozkaz, że „wszyscy polscy oficerowie w obozach i lagrach ZSRR, jak również wszyscy polscy więźniowie przetrzymywani w więzieniach na terenie Ukrainy i Białorusi mają zostać zabici przez NKWD bez sądu, bez wyroku i bez jakiejkolwiek informacji o winie”.

Kopie dokumentów do tej pory najściślej strzeżonych, dotyczące Zbrodni Katyńskiej przekazał prof.Rudolf Pichoja Prezydentowi Lechowi Wałęsie w Belwederze w dniu 14 października.

 

 Z początkiem roku 1994 napisałam do profesor Anny Grisziny w Moskwie, do Centrali Informacyjnej MEMORIAŁU. Po kilku tygodniach przyszedł list. Nie mieli jeszcze śladów dokumentacji i w liście prof. Griszina napisała mi, co następuje: “Domniemam, ze Wasz ojciec i jego towarzysze zostali rozstrzelani w kwietniu 1940 r., kiedy Stalin podobnie jak Hitler niszczył polską elitę, kwiat polskiego narodu. Znamy nazwiska oficerów zamordowanych w Katyniu, Miednoje, Charkowie i to nie wszystkich. Ale oprócz nich i przypuszczalnie z nimi jednocześnie było rozstrzelanych około 7 tysięcy ludzi, których nazwisk jeszcze nie znamy. W pełni prawdopodobne, że wśród nich był wasz ojciec i jego koledzy, sądząc po okresie zaginięcia i przynależności do inteligencji.”

 

W czerwcu 1994 r. ze Stowarzyszenia Rodzin Katyńskich w Warszawie dotarła pisemna wiadomość na adres mego brata Andrzeja Kisiela, że zastępca Prokuratora Generalnego RP Stefan Snieżko przywiózł z Ukrainy kilka worków spisów - 3435 nazwisk dotyczących dotychczas nieodnalezionych więźniów NKWD. W spisie pod pozycja 1305 jest nazwisko mego ojca, Leona Kisiela, syna Michała, ur. 1898 r., num. Listy 43/3-39.

 

16 września 1994 dostałam plik informacji z Ośrodka KARTA - Indeks Represionowanych w Warszawie. Była to kserokopia oryginalnej strony z ukraińskiej listy więźniów, zawierająca nazwisko i dane mego ojca, wydruk komputera Polskiego Memoriału oraz oryginał listu od pani Inny Fiduszczak z Memoriału na Ukrainie ze Lwowa, z którą od dwóch lat korespondowałam. Pisze ona tak: “Nareszcie, po dwóch latach poszukiwań mogę powiadomić, że znalazłam w dokumencie nazwisko Waszego ojca. Jest to odtajniony spis rozstrzelanych od 5.3.1940r. w miejscu uwiezienia. Numer listy wykazuje, że to Włodzimierz Wołyński albo Łuck. Numer waszego ojca na liście 1305. Możliwe, że z odtajnieniem nowych dokumentów będę mogła ustalić czas i miejsce.”

 

I tak trwające 55 lat oczekiwanie na ojca, a później, chociażby na jakąś wieść, co się z nim stało i, w jakich okolicznościach zginął, zakończyło się. Został zamordowany, być może przy szosie Włodzimierz-Łuck i leży w lesie we wspólnym grobie, jak na Wołyniu wspominali ludzie, w co nie potrafiliśmy uwierzyć. A może zabito go we włodzimierskim więzieniu, w mieście któremu ofiarował tyle intelektualnej i twórczej energii, temu miastu i jego młodzieży.

 

Jest rok 2004, 24.kwiecień. Wiedza moja i męża mego Romana o losach naszych Ojców, a Dziadkach naszych dzieci naturalnie poszerzyła się od czasu, kiedy w książce „Śladem Zbrodni Katyńskiej,” wydanej w roku 1998 przez Centr.Archiw.Min.Spraw Wewn. I Admin RP znalazłam na str.174 na liście straconych 043/3 nazwisko mego Ojca Leona Kisiela s. Michała i Pauliny ur,1898r.,wywiezionego 29.IV.1940r. w transporcie 30 mężczyzn do Kijowa, gdzie był w więzieniu śledczym NKWD, wywieziony z tego więzienia 8.V.1940r.

Tego roku dostałam książkę autorstwa ks. Zdzisława Peszkowskiego i S.Z. Zdrojowskiego, wyd,1999r, w której znalazłam nazwisko Ojca wraz z jego danymi osobowymi  oraz jego towarzyszy również nauczycieli na kierowniczych stanowiskach we Włodzimierzu Wołyńskim. Są to Kierownik Szkoły Franciszek Strzelecki i Inspektor Szkolny Józef Dominik. Ci trzej znajdują się na wspólnej liście 043/3.Zamordowani w więzieniu NKWD w Kijowie i zrzuceni do Dołów Śmierci w Bykowni pomiędzy 3.V. a 14.V.1940r

Inna Fiedusczak miała rację pisząc do mnie, że ojciec mój i towarzysze są na odtajnionych listach zamordowanych w więzieniu, ale nie wiedziała jeszcze gdzie. Okazało się, że mordu na tych nauczycielach dokonano w więzieniu w Kijowie, a Cmentarzyskiem stała się Bykownia koło Kijowa.

Może kiedyś doczekamy się tam Cmentarza dla nich.

Wszak Papież Jan Paweł II-gi w czasie Pielgrzymki na Ukrainę w 2002r.zatrzymał się przy tych Dołach na cichą modlitwę.

Kończę tę historię męczeństwa i śmierci przedstawicieli inteligencji polskiej słowami ,które napisałam we wrześniu przed 10-ciu laty, uczestnicząc w Konkursie „Mój Ojciec.”

Cześć Ich pamięci! Cześć pamięci Obu Dziadków naszych trojga dzieci, które nie miały szczęścia, aby ich poznać i pokochać. Chowały się w cieniu KATYNIA, w atmosferze wspomnień o tej tragedii rodzinnej, jaką był wojenny los mego teścia  kpt.WP Stefana Lubicha i mojego Ojca Dr fil.Leona Kisiela Dyrektora Państwowego Liceum i Gimnazjum im Mikołaja Kopernika we Włodzimierzu na Wołyniu.

 

 

Tarnów                                     Beata Kisiel-Lubichowa.

 

                                  

   

 

MINISTERSTWO  OBRONY  NARODOWEJ

 

DECYZJĄ z DNIA 5 PAŹDZIERNIKA 2007r.

                      

mianowało pośmiertnie kapitana Stefana Lubicha s.Wilhelma

na stopień majora Wojska Polskiego

Dziakowie naszych dzieci cz. II

Opublikowane jako: Wspomnienia z Wołynia — admin @ 7:16 po południu

 

DZIADKOWIE NASZYCH DZIECI część II

 

 

W czerwcu 1941 r. nastąpiła nowa ogromna fala deportacji w głąb Związku Radzieckiego. Dotyczyła głównie tzw.”bieżeńców” czyli ludzi, którzy zapisali się na listy uchodźców i pragnęli powrócić na tereny okupowane przez Niemców, z których przed nimi uciekli w czasie działań wojennych w wrześniu 1939. Wywieziono wówczas nie tylko wrześniowych uchodźców, ale również sporo Żydów, którzy dzięki temu uratowali się od zagłady. I znowu strach było iść do szkoły, a tu właśnie koniec roku szkolnego, tzw. “ispity” czyli charakterystyczne dla szkoły sowieckiej egzaminy z prawie wszystkich przedmiotów na końcu roku szkolnego.

 

Trudno się dziwić, że wystrzały z dział przeciwlotniczych i warkot niemieckich samolotów nad Lwowem o świcie 22 czerwca 1941 napełniły serca Polaków otuchą. Znękany naród modlił się o wojnę wrogów i oto zaprzyjaźnieni mordercy naszego narodu skoczyli sobie do gardeł. Rozpoczęła się potwornie krwawa wojna, której koleje były zmienne, a żadne z możliwych rozwiązań nie niosło Polakom wolności. W dniach przepychania się wzajemnego Niemców i Sowietów, przez kilka dni od miasta szedł odgłos strzałów aż pod Wzgórza Zamarstynowskie. Niemcy chyba celowo nie spieszyli się z wkroczeniem do Lwowa, zostawiając wolna rękę barbarzyńcom bolszewickim, a ci w niewyobrażalnie okrutny sposób wymordowali więźniów z więzień Zamarstynowskiego, Łąckiego i Brygidek. Z tą wiadomością wrócił z miasta brat mojej matki Marian. Chłop jak dąb, były marynarz, był blady i miał grozę w oczach. Opowiadał, że był w sali Brygidek, gdzie krwi na podłodze było po kostki, a na dziedzińcu więzienia leżały okrutnie zmasakrowane zwłoki więźniów, częściowo w dołach pogrzebane. Tak zginęły setki więźniów w więzieniach Lwowa i innych miejscowości Ukrainy. Wśród zamordowanych oprócz Polaków byli również Ukraińcy. Wiało grozą, panowała ogólna żałoba, którą wzmógł mord na profesorach Uniwersytetu Jana Kazimierza  i ich rodzinach dokonany na Wzgórzach Wóleckich z 4/5 lipca 1941 przez oddziały Ukrainców kolaborujących z Niemcami (oddziały “Nachtigall”). W tych dniach my również z przerażeniem myśleliśmy o nieznanych nam losach ojca. W dniach przeżywanej grozy miałam pamiętny sen. Śniło mi się czworokątne podwórze z budynkami więziennymi z czerwonej cegły, z okratowanymi oknami. Ja stałam przy bramie wejściowej i patrząc na to podwórze, miałam przerażająca świadomość,  że w tych murach więziennych jest mój ojciec. Ten sen nie opuszczał mojej wyobraźni przez wiele lat, wydawało mi się, że poznałabym natychmiast to podwórze i mury wiezienia. My jednak nadal czekaliśmy na ojca. Wszak nas dzieci, jak to było jego w zwyczaju, nie pożegnał.

 

Mimo przerażających i mrożących krew w żyłach wydarzeń, do których doszło we wszystkich więzieniach Ukrainy, społeczeństwo doznało chwilowej, pewnej ulgi w ucisku. Okupant niemiecki jak gdyby uchronił nas od zsyłki na Syberię i dopiero zaczął zapuszczać swoje macki, więzić i mordować, korzystając z nader  skutecznej pomocy nacjonalistów ukraińskich..

 

Po bestialskim mordzie na profesorach uczelni lwowskiej, uwagę społeczeństwa skupił tragiczny proces zagłady Żydów. Na ulicy pojawili się Żydzi z opaskami z gwiazda Dawida. Przeciętny Polak w czasie okupacji głodował, ale Żydzi umierali z głodu, z wycieńczenia, chorób, okrutnie szykanowani na ulicach, pędzeni i zamykani w getcie, utworzonym z zamieszkałej przez nich dzielnicy we Lwowie. Ginęli okrutnie mordowani na ulicach, w mieszkaniach, w obozach i innych miejscach masowej zagłady. My Polacy pochłonięci własnym trudnym losem pod okupacją, aresztowaniami, łapankami, egzekucjami i tak bardzo trudnym dniem codziennym, będącym walką o biologiczne przetrwanie, być może za mało zwracaliśmy uwagę na cierpienie i tragiczny los tych ludzi systematycznie fizycznie unicestwianych.

 

Terror okupanta nasilał się, wzmagały się łapanki, aresztowania, wywozy do obozów zagłady i do Rzeszy na roboty. Wzrastała ilość dokonywanych egzekucji. Przecież byliśmy przez hitlerowców również narodem przeznaczonym na zagładę. Być może, dopiero po wojnie, dotarła do świadomości pewnej części społeczeństwa polskiego tragiczna prawda o masowej eksterminacji narodu żydowskiego i jego cierpieniach krew w żyłach mrożących.

 

Nadal nie mieliśmy żadnych wieści o ojcu ale nadzieja, że on żyje i wróci do nas, była nam tak niezmiernie potrzebna jak chleb, którego mieliśmy coraz mniej. Tej wiary w oczekiwany przez nas jego  powrót nie zachwiały nawet przywożone w 1942 roku wieści z Wołynia, że jakoby więźniowie wiezieni w kwietniu 1940 roku szosą z Włodzimierza na Łuck, zostali zamordowani w lesie pod Łuckiem i leżą we wspólnym grobie. Naturalnie, o Ludobójstwie w Katyniu, ani o losach Polaków aresztowanych przez NKWD na Kresach nic nie wiedzieliśmy jeszcze.

 

Ciężką i mroźną zimę 1941/42 roku przeżyliśmy przy ulicy Czereśniowej w mieszkaniu prawie nieopalanym. Przymieraliśmy głodem  w dosłownym tego słowa znaczeniu, niejednokrotnie po kilka dni nie mając niczego w ustach z wyjątkiem gotowanej wody. Byłam wychudzoną szesnastoletnią dziewczyną.  Nie przerażała mnie jednak moja szczupłość, raczej było mi serdecznie żal głodującego, wówczas dziesięcioletniego brata Jędrusia, wychudzonej siostry i matki. Kompletnie zrujnowani materialnie naszą tułaczką, żyliśmy z dnia na dzień. Naukowe książki zostały w antykwariatach jeszcze za pierwszych Sowietów. Wartościowsze przedmioty i rzeczy osobiste nasze i ojca siostra zdołała spieniężyć na tzw. “Lwowskich Krakidałach”.

Matka moja, Stefania z Niedźwieckich Kisielowa, nauczycielka, magister biologii i geografii, umiała trochę szyć i tym szyciem starała się zarabiać na chleb dla nas. Naprawiała i łatała sterty brudnej bielizny znajomym lub ludziom przez nich polecanym. Często była bardzo źle wynagradzana przez ludzi, którzy znali nasze warunki i mieli z czego zapłacić. Za tą żmudną i nie raz przykrą pracę płacono jej nierzadko odrobiną brudnego jedzenia, czasem również zepsutego. Te okoliczności skłoniły naszą matkę do zwrócenia się o pomoc do rodziny ojca.  Brat naszego ojca, wówczas major WP, ksiądz Franciszek Kisiel w czasie okupacji administrował w parafii Jedlicze k/Krosna, której proboszcz ksiądz Stanisław Przybylski wraz z ojcem i synem hrabiami Stadnickimi z Jedlicza zostali aresztowani i zamordowani w Oświęcimiu. Na plebanii w Jedliczu mój stryj ksiądz Franciszek zgromadził członków rodziny Kisielów, którzy w czasie okupacji podobnie jak my przymierali głodem. Pojechałam razem z bratem Jędrusiem koleją. Nie miałam ausweisu, a miałam już skończone 16 lat. Wieźliśmy ciężkie toboły rzeczy osobistych i pościeli. Pamiętam trwogę, jaką siało gestapo, spacerując po poczekalni na dworcu w Rzeszowie. Wywracali i rewidowali bagaże, podróżnych legitymowali, chyba były aresztowania. Mnie, chude dziewczę z warkoczami jakoś ominęli. Nareszcie podstawiono pociąg, ale daleko od stacji. Wyczerpujący bieg z naszymi tobołami, potworny ścisk wokół pociągu, ale ludzie zlitowali się nad dziećmi i pomogli nam jakoś wsiąść.  Dotarliśmy na plebanię późnym wieczorem.

W Jedliczu brat chodził do szkoły i pomagał w gospodarstwie jak umiał. Ja zaś musiałam szybko przyswoić sobie sztukę mieszenia i pieczenia chleba, ubijania masła w maślnicy no i gotowania posiłków dla księży, gdyż ciotka, zajmująca się na plebanii tą pracą zaniemogła na kilka miesięcy. Przy niedzieli i wolnym od innych prac czasie po prostu pasałam krowy. Na naukę czasu nie było.

 A w tym czasie, we Lwowie moja matka nauczycielka Stefania Kisielowa i siostra Janina  polonistka współpracowały z Polskim Podziemiem, narażone na wszelkie z tym związane konsekwencje i terror okupanta. Obie były zaprzysiężone w AKa.

 

Był już rok 1943. i w kwietniowych gazecie  Lemberger Zeitung ukazała się  wiadomość o mordzie katyńskim, skwapliwie rozgłaszana przez Niemców. My Polacy z Kresów Rzeczypospolitej nie mieliśmy wątpliwości, że jest prawdziwa. Wtedy mój mąż, Roman Lubich, kolega z lat szkolnych, spotykany we Lwowie gdzie w czasie wojny przebywał z matka, znalazł na liście zamordowanych swego ojca. W prawdzie nie miałam okazji poznać mojego teścia, ale sporo o nim moja teściowa Wanda Lubich mi opowiadała. Teść mój, kapitan Stefan Lubich, urodził się 20 sierpnia 1895 roku w Stryju, który wówczas leżał w Galicji i wchodził w skład Cesarstwa Austro-Węgierskiego. Rodzicami jego byli Maria z Kotkowskich i Wilhelm Lubich, z wykształcenia prawnik, urzędnik namiestnictwa we Lwowie. We wczesnym dzieciństwie stracił ojca; chowała go matka i jej rodzice. Ukończył szkołę średnią we Lwowie i rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Jana Kazimierza. Jako podporucznik rezerwy byłej armii austriackiej wstąpił do wojska polskiego w listopadzie 1918 roku, w którym służył do końca życia. Brał udział w obronie Lwowa przed Ukraińcami oraz w wojnie z bolszewikami, o czym świadczą pozostałe po nim odznaczenia. Od 1918 roku służył w 40 pp. Strzelców Lwowskich, uzyskał stopień porucznika, a następnie kapitana. Od 1928 roku wykładał w Korpusie Kadetów we Lwowie. Aby awansować, przeniósł się do Włodzimierza Wołyńskiego do 23 pp., gdzie pracował w referacie MOB i tam zastała go wojna. Ojciec mojego męża, kapitan Stefan Lubich pożegnał na zawsze żonę i syna Romana w pierwszych dniach września 1939 roku. Uczestniczył w kampanii wrześniowej jako II dowódca obrony Włodzimierza przed Niemcami. Po wkroczeniu Armii Czerwonej w granice Polski 17 września 1939r, pułki wojsk zgromadzonych we Włodzimierzu, dostały rozkaz oddania Sowietom broni, co dla żołnierza i to jeszcze oficera było tragedią. Oficerowie z Włodzimierza, a miedzy innymi ojciec mego męża, na przełomie października i listopada 1939 roku znaleźli się w Kozielsku, skąd przyszło kilka listów do żony i syna, którzy tymczasem zdołali dotrzeć do rodziny we Lwowie. Od marca 1940r. nie przyszła od niego już żadna wiadomość. Po ukazaniu się w gazetach wydawanych w czasie okupacji dla Polaków we Lwowie list zamordowanych oficerów w Katyniu, matka mojego męża zwróciła się do Polskiego Czerwonego Krzyża o dokładniejsze informacje. Biuro PCK pismem z dnia 31 maja 1943 potwierdziło wiadomość, ze na listach ekshumowanych ze zbiorowych mogił polskich w Katyniu koło Smoleńska figuruje nazwisko kapitana Stefana Lubicha pod numerem ewidencyjnym 0815. Identyfikacji dokonano na podstawie znalezionych przy zwłokach wizytówek i medalika.

 

Ja jeszcze w tym czasie nie znałam losu mego ojca Leona Kisiela i wciąż czekałam i żyłam nadzieją na jego powrót.

 

W jesieni 1943 r., mój brat i ja wróciliśmy z Jedlicza do Lwowa. Niemcy wydawali się słabnąć w swej sile prześladowczej. Siostra pracowała w Instytucie prof. Rudolfa Weigla przy preparowaniu wszy na szczepionki dla wojska. Miała ausweis i to było najważniejsze, miała również jaki taki deputat chleba i marmolady. Ze względu na niezbędny w warunkach okupacji ausweis także i ja rozpoczęłam karmienie wszy w tym instytucie. Bardzo przykre i swędzące zajęcie, które odchorowałam tzw. “zakładówką” z wysoka gorączką.

 

W latach 1943/44 głównym nurtem życia naszej rodziny stało się Tajne Nauczanie. Malutkie mieszkanko w niskim parterze, prawie w suterenie przy ulicy Sobińskiego; w kuchni i pokoju uczyły moja matka i siostra. Od wczesnego rana po zmierzch młodzież przychodziła pojedynczo lub grupkami, uczyła się, wychodziła, a za ścianą, w piwnicy była ukryta drukarka. Można było nabawić się ciężkiej nerwicy, gdy ktoś nieoczekiwanie zapukał. Matka moja oprócz pięknych wykładów z biologii i geografii, potrafiła przejrzyście tłumaczyć matematykę, którą zawsze lubiła i umiała. Tłumaczyła chemię i fizykę. Siostra, studentka V-tego roku polonistyki, uczyła języka polskiego, historii i łaciny. W sumie przygotowywanie do małej matury przebiegało „pełną parą”. Ja i mój brat zaczęliśmy intensywnie nadrabiać zaległości. Trzy klasy gimnazjum przerobiłam i zdałam w zimie i na wiosnę 1943/44. Natychmiast rozpoczęłam w grupie, a częściowo indywidualnie przygotowywać klasy liceum humanistycznego. Dyrektorem i organizatorem tych kompletów był przedwojenny dyrektor Gimnazjum i Liceum SS. Sakramentek przy ulicy Ochronek we Lwowie, ksiądz prałat Rudolf Opacki.

 

Wezwanie przez Arbeitsamt na okopy pozwoliłam sobie zlekceważyć, bo front już coraz bardziej przesuwał się na zachód. I znowu działania wojenne. Lęki w piwnicy w czasie trudnych do zniesienia bombardowań, były niczym w stosunku do uczucia ulgi, że niemieccy najeźdźcy odchodzą. Niestety wkraczali tzw. “II Sowieci” a z nimi trwoga, co z nami dalej będzie.

 

 

Tarnów                                             Beata  Kisiel – Lubichowa

                                                                                 

Dziadkowie naszych dzieci cz. 1

Opublikowane jako: Wspomnienia z Wołynia — admin @ 7:14 po południu

 

DZIADKOWIE NASZYCH DZIECI  część I

 

Ja i mój mąż Roman Lubich chodziliśmy do tego samego gimnazjum we Włodzimierzu Wołyńskim, ale do różnych oddziałów. Ojcowie nasi, kpt. WP Stefan Lubich i dyrektor Państwowego Liceum i Gimnazjum im Kopernika we Włodzimierzu Leon Kisiel spotykali się na uroczystościach patriotycznych, w których uczestniczyło wojsko. Czasem spotykali się również towarzysko, przy okazji organizowanych imprez rozrywkowych na terenie koszar 23 pp. we Włodzimierzu. Uroczystości patriotyczne żywo utkwiły mi w pamięci. Oprócz uroczystego i odświętnego wyglądu miasta zapamiętałam Msze św. polowe z udziałem żołnierzy 23 pp., 27 p artylerii lekkiej oraz szkoły podchorążych. Pamiętam te defilady, jeszcze słyszę klaskanie kopyt końskich o bruk ulic Włodzimierza. Właściwie, jak sięgam pamięcią, na tych patriotycznych obchodach z reguły przemawiał do zgromadzonych mój ojciec polonista - dyrektor gimnazjum i liceum. A mówił tak ciekawie, ze do dziś pamiętam, co mówił i jak interesująco i komunikatywnie przedstawiał znaczenie Konstytucji 3-go Maja oraz to cudowne wydarzenie, jakim było odzyskanie Niepodległości 11 listopada 1918r. i cud 20 -lecia wolności.

 

Ojciec mój, Dr. fil. Leon Kisiel, był dyrektor państwowego Gimnazjum i Liceum im. Mikołaja Kopernika we Włodzimierzu w latach 1934-39r.

Urodził się 3 kwietnia 1889 w Ostrowie Galicyjskim koło Przemyśla w wielodzietnej, zubożałej rodzinie szlacheckiej. W Przemyślu uczęszczał do szkoły i gimnazjum, przechodząc z klasy do klasy z wynikiem “chlubny”. W roku 1917 zdał maturę ze szczególnym wyróżnieniem i zapisał się na studia na wydziale prawa Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Uczestniczył w wojnie z Ukraińcami w bitwach pod Sadową Wiśnią, Uhercami i Lubieniem Wielkim. Był ranny, a po zimowej przeprawie przez rzekę zachorował na płuca i dlatego został zwolniony ze służby wojskowej w sierpniu 1919 r. W wojnie z bolszewikami w roku 1920 uczestniczył jako ochotnik w oddziałach akademickich. Został odznaczony medalem pamiątkowym za wojnę 1918-1921r.

 

W jesieni 1920 podjął dalsze studia na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie jako akademik bezterminowo urlopowany z wojska. Przechowuję oprócz jego świadectw szkolnych zaświadczenia z egzaminów i kolokwiów zdawanych celująco u znanych profesorów jak prof. Twardowski, prof. Tadeusz Lehr-Spławinski, prof. Juliusz Kleiner, na których oprócz oceny są adnotacje świadczące o wysokim stopniu znajomości zagadnień, które studiował. Studia polonistyczne ukończył w 1927 roku doktoratem z nauk filozoficznych nt. “Pan Podstoli wobec Monitora”. Promotorem wysoko ocenionej pracy był prof. Juliusz Kleiner. Przygotowując prace doktorska jako stypendysta uczelni rozpoczął pracę nauczycielską na Wołyniu.

 

Mając zaledwie trzydzieści lat pełnił już obowiązki dyrektora gimnazjum w Równem, od 1930 r. był dyrektorem gimnazjum w Zdołbunowie, a od 1933/34 we Włodzimierzu Wołyńskim. Wykazywał doceniane przez Kuratorium umiejętności dydaktyczne i organizacyjne. W wyżej wymienionych miejscowościach remontował i przystosowywał pomieszczenia szkolne do wymagań programu nauczania w związku z aktualną w latach 1937-39 reorganizacją szkolnictwa. Opuszczoną przez Szkołę Rzemieślniczą część budynku gimnazjalnego przekształcił w piękne, nowoczesne pracownie, do nauk biologiczno-matematycznych oraz klasy. Wyposażył również dwie piękne sale gimnastyczne. Ogromnie dbał o poziom nauczania w gimnazjum, którym zarządzał oraz o poziom szkolnictwa w sąsiednich powiatach, w których był mianowany Prezesem Państwowej Komisji Egzaminacyjnej dla nauczycieli publicznych szkół powszechnych dla powiatu Włodzimierskiego i Horochowskiego. Starał się zapewnić dostępność do Gimnazjum Państwowego młodzieży niezamożnej, która pragnęła się uczyć, a biorąc pod uwagę rolniczy charakter województwa wołyńskiego dotyczyło to przede wszystkim ubogiej młodzieży wiejskiej. W budynku klasztornym przy Kościele Pojezuickim dyrektor zdołał zorganizować męską bursę dla kilkudziesięciu niezamożnych uczniów. Określano go za te żarliwe starania, by jak najwięcej zdolnej, a niezamożnej młodzieży znalazło miejsce w gimnazjum, przydomkiem “chłopski dyrektor”.

 

Znamienną cechą jego charakteru, oprócz głębokiego umiłowania wiedzy i rzadkiej umiejętności jej przekazywania zarówno młodzieży w szkole jak i w innych okolicznościach częstych publicznych wystąpień była bezkompromisowa prawość i prostolinijność w postępowaniu. Był człowiekiem wielkiego umysłu i wielkiego - romantycznego serca. Ten doktor filozofii, zaangażowany pedagog i organizator nauczania, każdej niedzieli obecny wraz z młodzieżą na Mszy świętej w kaplicy gimnazjalnej, klęczał na Podniesienie na oba kolana przed zstępującym na ołtarz Stwórcą dając świadectwo wiary. Takim go zapamiętałam na cale życie, kiedy 11 października 1939 r. aresztowali go funkcjonariusze NKWD i bramy więzienia zatrzasnęły się za nim na zawsze. Kochał młodzież włodzimierską, mimo przestróg, że nie jest bezpieczny nie zdecydował się jej opuścić, podobnie jak i jego zawodowi koledzy inspektor Józef Dominik i kierownik szkoły podstawowej Franciszek Strzelecki.

 

Tułaczka naszej rodziny rozpoczęła się już w pierwszych dniach września 1939 r. Wojsko zarządziło ewakuację całego budynku gimnazjalnego, naturalnie łącznie z mieszkaniem dyrektora, gdyż miał natychmiast powstać szpital wojskowy. Front cofał się do Bugu, przygotowywano się do obrony Włodzimierza. Cale wyposażenie gimnazjum oraz nasze rzeczy i wszystkie meble zostały stłoczone w niewielkim domu pod Włodzimierzem, a był to 7,8,9 wrzesień. Niedziela 10 września była pamiętna: pierwsze bombardowanie na szosie prowadzącej z Włodzimierza na Łuck. Bomby padły w tłum uchodźców, byli zabici, kilkudziesięciu rannych. Rozpoczęły się regularne naloty bombowców, cale godziny spędzaliśmy w rowach przeciwlotniczych. Ojciec wybiegał do miasta po wieści; były złe, front się cofał, Niemcy brali zakładników, głównie z inteligencji. Starosta i burmistrz przygotowywali się do wymarszu w kierunku granicy polskiej z Rumunią. Namawiali ojca, by szedł z nimi. Nasza matka, w prawdzie już chora, wiedziona intuicją, gorąco prosiła go, by uciekał. Z malutką walizeczka wyruszył, ale następnego dnia wrócił. Nas nie zastał, bo poszliśmy za nim po jednym z ciężkich nalotów. Trochę piechotą, trochę podwodą wojskową, dotarliśmy do lasu pod Kowlem. Przeżyliśmy z żołnierzami i taborem chwile trwogi. Karabiny maszynowe terkotały nad głowami, bomby ryły ziemię. Miałam okazję jeść jedzenie z kotła; pamiętam kaszę z fasolą, pachnącą włosiem końskim. Jeszcze nie znałam głodu, więc z trudem ten posiłek przełykałam. Za to chleb komiśny bardzo mi smakował.

 

Po nieprzespanych nocach naszej ucieczki z Włodzimierza matka z siostra poszukały nocleg w chałupie wiejskiej koło Kowla. Ta noc była pełna grozy; była to noc z 16/17 września. Moja matka i siostra z przerażeniem obserwowały zachowanie ukraińskich gospodarzy. Słuchali przed słuchawki detektora radiowego, zapewne stację ukraińską. Rozmawiali półgłosem, ciągle na nas spoglądając nieżyczliwie.

 

Rano udaliśmy się pod dwór we wsi Jeziory. We dworku zatrzymali się uchodźcy, a między nimi wysocy urzędnicy państwowi, zapamiętałam wojewodę bydgoskiego. Po krótkiej rozmowie matka wróciła do nas. Grom z jasnego nieba nie zasiał by tyle trwogi, co wiadomość, że w nocy wojska sowieckie przekroczyły granice Polski, a tym samym chłopi, u których nocowaliśmy mogli nas bezkarnie po prostu zamordować, bo mordy Polaków już się zaczęły. Wydawała się nam słuszną tylko jedna alternatywa, powrót do Włodzimierza, bo może jednak nasz ojciec tam wrócił. Powrót na chłopskiej furmance był długi i dla matki bardzo uciążliwy. A na ulicy wjeżdżając do Włodzimierza zobaczyliśmy naszego tatusia. Przybiegł do nas, mówił, że tak bardzo tęsknił, że wrócił i z kolei on nie wiedział, co się z nami dzieje. Mieliśmy go jeszcze trzy tygodnie, w czasie których zmieniliśmy mieszkanie na położone bliżej centrum miasta. On, jakby zupełnie nieświadomy grozy swojej sytuacji, był pochłonięty przenoszeniem wyposażenia gimnazjalnego do klas i pracowni, ponieważ rok szkolny miał się rozpocząć, o ile pamiętam 13 października. Najwyraźniej jeszcze nie zdawał sobie sprawy, że przyjdzie mu zapłacić najwyższą cenę za udział w wojnie bolszewickiej, za działalność dydaktyczną i patriotyczną w wolnej Polsce, za posiadane wykształcenie i za całokształt jego życiowej postawy.

 

Pamiętam, jak matka intuicyjnie prosiła, by przeszedł przez Bug; przecież mógł się zatrzymać u rodziny w Przemyślu lub Rzeszowie. Nie chciał słyszeć o rozłące. Wtedy, nawet znając sporo prawdy o komunie, nie rozumieliśmy jeszcze perfidii działania bolszewickich najeźdźców. Oficerowie w sowieckich łagrach też mieli złudzenia, że przyjdzie czas, że staną z bronią w ręku przeciw Niemcom. Rozpoczęły się na Kresach masowe aresztowania inteligencji. Wielu nauczycieli, głównie dyrektorów, inspektorów szkolnych, kierowników szkół, pracowników administracyjnych, policjantów, posiadaczy ziemskich  znalazło się w więzieniach na Kresach Wschodnich, na terenach tzw. Zachodniej Ukrainy w jesieni 1939r. i ślad po nich zaginął.

 

Była środa 11 Października. Siedzieliśmy przy stole, godzina obiadu. Nie zapomniałam, że były na ten obiad sznycle z kiszonym ogórkiem. Nagle moja matka zmieniła się na twarzy i wskazała na grupę żołnierzy skręcających z ulicy przez furtkę do naszego parterowego mieszkania. Weszli uzbrojeni, w niebieskich czapkach straży pogranicza - GPU. Dwaj żołnierze, jeden oficer i milicjant ukraiński o nieprzyjaznym spojrzeniu w zielonym mundurze z czerwona opaska  na ramieniu. Nazywał się Ślusarski, tak się podpisał na pozostawionym protokole aresztowania. Oficer zarządził rewizję. Żołnierze wywracali wnętrza szaf,  szczególnie pilnie przerzucali książki, których u profesora gimnazjum - polonisty, było sporo. Znaleźli i odsunęli na bok tubę z dyplomem doktorskim pięknie wydrukowanym na pergaminie i opatrzonym podpisami promotorów oraz pieczęciami Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Wraz z tym dyplomem zabrali kilka  książek z literatury ukraińskiej, które mój ojciec jako slawista czytywał.

 Ojciec zapewniał nas, że to na pewno omyłka, że wszystko się wyjaśni. Matce płynęły z oczu łzy, intuicyjnie wyczuwała nieszczęście. Październik tego roku był ciepły i słoneczny, jednak skłoniła ojca, by zamiast jesionki ubrał płaszcz zimowy na futrze. Jeden z rewidujących żołnierzy pocieszał ją: “Ne płaczi, ne płaczi”. Ojciec głosem opanowanym zapewniał nas, że zaraz wróci i, jak zwykle przy wyjściu z domu, matkę ucałował. Na pożegnanie z nami brakło czasu. Branka się dokonała, przez okno widzieliśmy, jak prowadzą go w kierunku miasta. Na stole wśród wielkiego nieładu po rewizji, leżał spisany i podpisany protokół, którego oryginał do dziś jest ostatnią po ojcu pamiątką. Jeszcze mam w uszach słowa zapłakanej matki. Zapewniana przez ojca o szybkim jego powrocie, powiedziała “Oj nie wrócisz ty prędko, nie wrócisz”. Drzwi za ojcem i strażą pogranicza się zamknęły, a my z zapaloną gromnica w ręku padliśmy we czworo na kolana i rozpoczęliśmy nowennę do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy błagając o ratunek dla ojca. Ta wspólna modlitwa trwała całą wojnę i jeszcze później każdy z nas ja kontynuował w samotności swego serca.

 

Matka leżała ciężko chora, obie ze straszą siostra chodziłyśmy pod bramy włodzimierskiego więzienia, aby się coś o ojcu i innych znajomych więźniach dowiedzieć. Raz na miesiąc można było podać trochę bielizny, przeważnie kalesony i skarpetki, kawałek mydła. Odbiór był kwitowany przez ojca podpisem i czasem krótkim zdaniem “jestem zdrów”… W którejś karteczce, już w 1940 r., ojciec wspomniał o odebranych mu: złotej obrączce, zegarku z piękną dewizka oraz złotym Pelikanie. Naturalnie nikt nam tych cennych i pamiątkowych przedmiotów nie zamierzał oddawać i nie oddał.

 

Chorą matkę odwiedzali znajomi, jak mogli pocieszali i dodawali otuchy, chociaż sami nie wiedzieli, co im przyszłość pod tą okupacją bolszewicką przyniesie. Przychodziła również żona emerytowanego oficera polskiego pani Stanisława Szczawińska.  Przyniosła ważną  informację od oficerów sowieckich, mieszkających u niej na kwaterze, że rodziny więźniów zgodnie z ukazem, będą wkrótce deportowane na Syberię. Poszukujący mieszkania lekarz wojskowy, z pochodzenia Gruzin, zawędrował do nas. Matka leżała chora, rozmawiał z nią o aresztowaniu ojca, o jej chorobie jelit i zakończył rozmowę słowami: “Wam nada w wielikij gorod”. “Czy do Lwowa?”- zapytała matka. “Da, nada do Lwowa”. Matka wysłała do Lwowa do swoich braci moją starszą siostrę Janinę, by ich powiadomiła o naszym nieszczęściu. Młodszy brat matki, Leopold Niedźwiecki, główny księgowy Banku Rolnego we Lwowie, przyjechał niezwłocznie. Postanowili z matka, ze mimo ogromnego przerażenia, co będzie z naszym tatusiem, jeszcze przed końcem listopada 1939 r. wyjedziemy z Włodzimierza do Lwowa. Na razie zamieszkamy u niego. To postanowienie było opatrznościowe. W kolejnych wywozach w lutym i kwietniu 1940 roku  przyjeżdżano pod nasze włodzimierskie mieszkanie i zamiast nam, zagrażano zsyłka rodzinie po nas zamieszkałej.

 

Natychmiast po przyjeździe do Lwowa poszłam do szkoły. Mieściła się w pięknym budynku Gimnazjum i Liceum SS. Urszulanek przy ul.Jacka. Kilka sióstr urszulanek jeszcze uczyło, ale tylko do końca roku szkolnego 1939/40. Następnie je usunięto.

 

Pierwsze Swięta Bożego Narodzenia jakże były smutne. Sercami byliśmy w celi więziennej z tatusiem. Matka nasza potrafiła jednak stworzyć tę nadzwyczajną i ciepła atmosferę. Były skromniutkie tradycyjne potrawy, drobne prezenty pod małą choinką, a nawet kolędy, przy których łzy same płynęły, bo ich tak dużo znał nasz ojciec i tak pięknie je śpiewał. Zima roku 1939/40 była wczesna, mroźna i długa. Z przerażeniem wspominam wywozy żon oficerów z małymi dziećmi na ręku, z których niejedno w drodze zmarło. Także wywozy osadników wojskowych z Wołynia, również naszych znajomych z Wąsowicz oraz wywozy rodzin więźniów. Rodziny starały się spędzać czas razem i raczej poza domem. Do szkoły szliśmy z lękiem, czy zastanie się rodzinę po powrocie. Ale wywozy były głównie w nocy, a przecież na noc trzeba było wracać do domu. Pozostawało nasłuchiwanie, czy ciężarówka nie podjeżdża pod kamienice, a w bramę kolby karabinów nie kołaczą.

 

Z wiosna 1940r. przenieśliśmy się do drugiego brata matki, Mariana aż pod Wzgórza Zamarstynowskie. Jednak przedtem były Swięta Wielkanocne, 20 marca 1940 roku. Były roztopy po długiej, śnieżnej zimie. Szliśmy oglądnąć nasze przyszłe mieszkanie za rogatkami. Było zimno, mokro i tak tragicznie smutno, jak tylko być może. Były to również ostatnie święta naszego więzionego ojca. Już końcem marca żadnej paczki nie przyjęto, a właśnie prosił o spodnie, jakby przygotowywał się do drogi. Końcem kwietnia 1940r., kiedy właśnie był dokonywany Mord Katyński na Oficerach WP, Policjantach i Aresztowanych na Kresach, zamieszkaliśmy pod Lwowem w domku prawie wiejskim. Kilkunastometrowe pomieszczenie mieszkalne z piecem kuchennym było dla czworga osób sypialnią i kuchnią. Całe lato nosiłam z moim dziewięcioletnim bratem Jędrkiem chrust na plecach z lasu i ścięte drzewa na ramieniu, by zgromadzić rozpałkę na zimę. A cała długą, mroźną i ciężką zimę 1940/41 nosiłam drobny węgiel w dwóch teczkach pod pachami aż z rogatki Zamarstynowskiej drogą wzdłuż Pełtwi. W tym zaopatrzeniu w jaki taki opał pomagał nam z narażeniem życia najstarszy brat mojej matki Kazimierz. Warunki naszego bytowania tej zimy były dla nas miniaturą losów w Kazachstanie, którego udało nam się uniknąć. Nadal uczęszczaliśmy z bratem do szkół w Śródmieściu. Droga do rogatki i tramwaju była długa i nieraz w śniegu po pas, a w mieszkaniu było zimno i wilgotno.

 

Choroba matki nasilała się. Konieczna okazała się operacja, którą  Prof. Dr med. Adam Gruca dokonał w swojej domowej małej sali operacyjnej bez honorarium. Zmartwionej naszą, materialną sytuacją matce, profesor powiedział - “Jak pan Leon wróci, to rachunki wyrówna”. Niestety, pan Leon nie żył już wtedy.

 

 

 

 Autor : Beata  Kisiel – Lubichowa

 

14/01/2009

Erekcja nowych parafii w diecezji łuckiej, rok 1935

Opublikowane jako: kroniki diecezji łuckiej — admin @ 7:30 po południu

Erekcja nowych parafii

Małe Hołoby

Dekretem z dnia 20 marca 1935 r. nr. 1823 J. E. Ks. Biskup A. Szelążek, Pasterz Diecezji Łuckiej erygował parafię Małe Hołoby w dekanacie Kowelskim. Do parafii tej zostały przyłączone następujące osiedla: z parafii Kamień-Koszyrski: Małe Hołoby, Skomorocha, Poloce, Borowno, Huta-Borowińska, Jajło, Kraśnica i Helenin; z parafii Powórkiej: Mały-Obzyr i Nabrzuska (więcej…)

13/01/2009

List biskupa łucko-żytomierskiego do Episkopatu w imieniu ludu mordowanego na kresach północno wschodnich

Opublikowane jako: Listy — admin @ 10:37 po południu

Do Najdostojniejszego Episkopatu
Polskiej ziemi Męczenników

Od Łucko-Żytomierskiego Biskupa
w imieniu ludu mordowanego na
kresach północno wschodnich.

Błagalna skarga – Wołanie!

Z dymu pożarów, z kurzu nie zaschłej jeszcze krwi ciepłej, z ruszających się mogli żywcem zakopanych męczenników lub potwornie zamordowanych kapłanów i ćwiartowanych najwierniejszych synów Ukochanej Ojczyzny naszej Polski, sam cudem uszedłem z rąk bolszewików, przybyłem do Was, Bracia Biskupi, aby przyjąć udział w niezwykłej uroczystości wyniesienia pierwszego po zmartwychwstaniu Polski, Nuncjusza Apostolskiego na godność Biskupią. Byłem pewny, że w dniu tak uroczystym dla Polski, cały Episkopat Polski stanie jak jeden mąż w stolicy (więcej…)

Powered by WordPress